mgły

mgły

poniedziałek, 20 października 2025

ŚLUZ CZYLI PRZYPOWIEŚĆ O PRZEJRZYSTOŚCI

 Podczas swojej wędrówki przez DolinęMgieł spotkałam nowy rodzaj Foza. Od razu wzbudził moją czujność. Nie zachowywał się jak inne, z tą ich poczciwą zwyczajnością. O nie. Ten pokryty był śliskim, mażącym się śluzem. Za każdym razem, gdy go spotykałam, pozostawał mi w ustach posmak zgnilizny, a lepkość ciągnęła mi się przy butach jeszcze przez kilka dni. Starałam się nie zwracać na to uwagi, choć mój wewnętrzy kompas zawsze szalał, gdy Foz za bardzo się zbliżał.


Foz od początku próbował znaczyć DolinęMgieł swoim śluzem. To tu, to tam znajdowałam kolejne oblepione mazią elementy rzeczywistości – kamienie, rośliny, a nawet walające się tu i ówdzie resztki zostawione przez inne Fozy. Foz miał niezwykła zdolność – potrafił swoją wydzieliną połączyć różne elementy rzeczywistości, tworząc w DolinieMgieł niesamowite formy. Te jego rzeźby spajały w całość różne istniejące fragmenty świata, by nadać im nowy wymiar. Czasem zatrzymywałam się przy nich, by podziwiać kunszt. Nie miałam pojęcia, jak można z tak zwyczajnego budulca stworzyć jakość niespotykaną w DolinieMgieł.

Foz nie poprzestał jednak na tworzeniu. Krok po kroku znaczył swoją wydzieliną wszystko, co stanęło na jego drodze i wydawało się atrakcyjne. Początkowo bawiło mnie to nawet. Ta niewielkich rozmiarów istotka, żyjąca w gąbczastym kokonie własnego ego.  Przypatrywałam się Fozowi i zastanawiałam, jak bardzo trzeba być pogubionym, jak mocno ktoś musiał kiedyś wdeptać w ziemię to śluzowate poczucie wartości, że Foz z taką determinacją i zaangażowaniem śledzi każdy kamyczek, który jeszcze nie nosi znaku jego lepkiej obecności.  W sumie, nie przeszkadzało mi, że pełza sobie po DolinieMgieł. Tworzył przecież te swoje konstrukty.

Jednak Foz nie ograniczył swojej aktywności do kwiatków i kamyczków. Wymyślił sobie, że swoją śluzowatością pooznacza także skrawki powietrza. Przyglądałam się już temu z pewnym zaniepokojeniem. Dziwne było to, z jaką zaciętością produkuje coraz więcej lepkiej substancji. Z czasem powietrze stawało się coraz bardziej zgniłe, a śluz zaczął wlewać się w mój Kryształ. Początkowo osiadał tylko na krawędziach, ale im dłużej przebywałam w przestrzeni Foza, tym mocniej galaretowata maź wżerała się w szlify. Każda próba wyznaczenia Fozowi granicy, sprawiała, że wybuchał on nową porcją obrzydliwej brei, budując wokół siebie przekonanie niepodważalnego dogmatu. Czy można bowiem kwestionować to, że kamień może istnieć bez śluzowatej otoczki? Że cokolwiek może bez niej istnieć? Im bardziej rosło we mnie obrzydzenia do praktyk Foza, tym mocniej on rozgaszczał się w swoim prawie do zawłaszczania rzeczywistości.

Wpadłam na pomysł, że (chociaż nie do końca dogaduję się z Fozami), może spróbuję. W sumie – nie mam nic do stracenia i nawet lubię te dziwaczne istotki. Wiedziałam, że ten nowy rodzaj Foza i jego śluz jest momentami niezwykły, a stworzone konstrukcje wnoszą do DolinyMgieł coś niezwykle ważnego.  Doceniałam to, jednak rosnąca liczba oblepionych śluzem kawałków świata sprawiała, że coraz trudniej było się w nim poruszać, coraz ciężej oddychać.

Pewnego dnia zauważyłam, że  Foz usiłuje oblepić swoją mazią mój Kryształ – kawałek mnie, który budowałam latami, miał stać się jego. Zatrzymałam się, odetchnęłam i…starłam śluz z mojego Kryształu.  Są granice, których przekraczać nie wolno. Nawet w DolinieMgieł.

O, to naprawdę rozsierdziło Foza. Jak śmię protestować, przed byciem częścią J E G O kolejnej rzeźby? Przecież to zaszczyt zostać doczepioną do innych przedmiotów i oblepioną szczelnie śluzem! To honor oddać swój Kryształ, szlifowany latami w łapy oślizgłej gadziny. Wszak ona jest Alfą i Omegą. Absolutem. Drzewem Poznania Wiadomości Dobrego i Złego.

Zatrzymałam się, odetchnęłam i… ruszyłam na spacer po DolinieMgieł, by pozbierać różne przedmioty naznaczone śluzem Foza Rozłożyłam je sobie na stole. Wytarłam z oślizgłej substancji. Krok po kroku, detal po detalu przeanalizowałam ich strukturę, kolor i smak. Okazało się, że wydzielina Foza wcale nie jest transparentna. Kamień, który wydawał się złocisty, po wytarciu mazi, stał się nijaki, tracąc nawet swą kamieniowatość. Przecierałam oczy ze zdziwienia, nie mogąc uwierzyć kolejnym odkryciom. Kwiat obrany z kleistej substancji, przestał być kwiatem. Zamiast niego leżała przede mną bezkształtna materia, która w okamgnieniu wżarła się w stół. Budowle Foza, tak piękne, okazały się  mamiącymi zmysły konstruktami, idealnie skrojonymi pod widza, który nie ośmieli się spojrzeć głębiej. Z przerażeniem patrzyłam na fakty, umyte pod strumieniem logiki.

Zatrzymałam się, odetchnęłam i… stanęłam przez Fozem. W dłoniach  trzymałam swoje spostrzeżenia i mapę z wyraźnie zaznaczonymi granicami naszego współistnienia w DolinieMgieł. Dialog.  Wydarzenia i słowa.  Nagie. Bez osądów. Bez śluzu. Takie, jakie są. Takie, jakie widzę.  Spisane bez emocji.   Wiem, że DolinaMgieł potrafi mylić osądy.  Potrafi nas mamić kombinacjami PółPrawd i ĆwierćFaktów.  Dlatego zaproponowałam, by zwołać Tyry. Chciałam położyć przed nimi w świetle swoje pytania i wysuszone logiką algorytmów fakty. Obok niech Foz położy swój oznaczony śluzem KawałekPrawdy. Niech Tyry zdecydują. Niech Tyry wyrażą zdanie. Niech Tyry sprawdzą.

O, to dopiero rozwścieczyło Foza! Jak śmię podważać jednostronnie skrojoną ŚwiętąPrawdę! Jakim prawem pytam! Skąd mam czelność wyznaczania Granic. Zgarnął przyniesione przeze mnie wątpliwości i wcisnął w najgłębszy zakamarek swojej śluzowatości. Głęboko. By na pewno żaden KawałekMojejPrawdy nie wystawał.  By przypadkiem Tyry nie miały do niego dostępu i nie mogły sobie wyrobić własnego zdania.  Napęczniał śluzem i z całą mocą wylał go na mnie, nadając mu wenecko-lustrzany odcień transparentności i troski o WspólnotęTyrów.

***
Siedzę w objęciach nocy i zeskrobuję z siebie resztki śluzu. Już wiem, że do DolinyMgieł zawita kolejny rodzaj Foza. Sama go tu zaproszę. Ugoszczę.  DolinaMgieł jeszcze chwilę będzie się lepiła, jeszcze jakiś czas smród obleśnej mazi będzie unosił się w powietrzu. Ale jestem szczęśliwa. W DolinieMgieł pojęcia wróciły na swoje miejsce. Przejrzystość jest przejrzysta. Fakt jest jednoznaczny. Prawda to Prawda.  Zaufanie to pewność intencji.  Przyjaźń to ochrona drugiego człowieka przed oślizgłymi mackami. Dla mnie dość proste. Kropka.

piątek, 3 maja 2019

DobrySchemat

Stoję bosymi stopami na piachu. Patrzę w błękity. Otulam Kryształ odcieniami Wolności, bez horyzontu, bez ograniczeń. Zamykam oczy, by poczuć na twarzy chłodny wiatr i świeżość nieodkrytych światów. Skrzydła zaczynają łaskotać pod ciepłym ubraniem, które chciałabym zerwać, by unieść się w bezkres. Trwam bez Czasu. Bez potoku Zdarzeń i Słów. Trwam w sensie Istnienia.

***
DolinaMgieł rani moje plecy ostrzem kantów. Schemat rozrasta się, staje się twardy i jak stal wżyna się krwawo w każdy element Rzeczywistości. Piary, które miały pilnować Schematu, postanowiły go przebudować w imię WizjiJedynieSłusznej. Zgodnie z przyjętą koncepcją architektury Chaosu, rozebrały kamień po kamieniu dotychczasowy szkielet. Powolutku, każdy element owijając w muślinowe DobroOgółu. Pod łopoczącymi sztandarami WartościJedynieSłusznych zgromadziły zagubione w relatywizmie DolinyMgieł Fozy i wyznaczyły im równiutkie koryta Istnienia, bez Wątpliwości i Rozgałęzień. Rozzuchwalone Piary wstrzyknęły w krwiobieg DolinyMgieł narkotyk Manipulacji, zmieniając co chwila FaktOczywisty w FaktNiepodważalny, by za moment wmawiać wszem i wobec, że to FaktNiepodważalny jest FaktemOczywistym. Fozy uwierzyły, że LogikaZdarzeń minęła swój Sens i jedyną stałą są WartościJedynieSłuszne. Uwierzyły, że inne Fozy są  zagrożeniem dla DolinyMgieł i należy je zwalczyć. Dwie fozie armie okopały się na pozycjach swoich odmiennych światopogladów. Wznoszony powoli DobrySchemat ma twarde fundamenty Strachu, Agresji i Nietolerancji. Żelbetonowy szkielet PrzekonańJedynieSłusznych powoli zamyka horyzont, rozrasta się w klatkę. Tworzy arenę, na której za moment rozegra się dramat, powtórka z CzasuMinionego. 
Coraz częściej słyszę też skrzypienie Kryształu, narażonego na zderzenia z fanatyzmem Fozów. Zdarzenia rysują głębokie Rysy, a zajadłość DobregoSchematu rozsadza Kryształ po kawałku, niczym lód szklaną butelkę. Uciekam... Zatrzaskuję Kryształ w kruchej cielesności, obudowuję kokonem cynizmu i  ironii, uszczelniam resztkami determinacji. Sama buduję dla siebie pułapkę, pozornie bezpieczną kołyskę Mglistości. Aby ocalić Kryształ, muszę wygasić Iskry, uśpić refleksy Światła, zapaść się we Mgłę. Nie wiem, ile wytrwam wtulona w miękkość i nieprzenikliwość Mgieł, ze spętanymi Skrzydłami, bez Słów i Iskier. Na granicy spotkania z WielkąNiewiadomą.


piątek, 23 czerwca 2017

Ślad

Stoję po drugiej stronie. Daleko. Za szklistym parawanem. Bezpieczna. Odczytuję twarze, chwytam spojrzenia. Podchodzę blisko, zaglądam w oczy, jednocześnie będąc wystarczająco odległa, by nie pozwolić czytać z siebie, spoglądać w głębię Kryształu. Zatrzymuję kadry, które w ułamku sekundy stają się historią. Przestają istnieć. Spojrzenie tamtych oczu już nigdy się nie powtórzy. Ten uśmiech już nie istnieje. Czas bezlitośnie zaciera konteksty. Odarte z tu i teraz twarze są pustą wylinką tego, co już przepadło w potoku kolejnych zdarzeń.
W ogromnych galeriach Kryształu przechowuję zatrzymane obrazy nieistniejących już twarzy. Jakie byłyby ich rysy, gdyby mnie nigdy nie spotkały? Może mniej zmęczone? Może delikatniej wyrzeźbione? Może całkowicie inne, nie do rozpoznania?  Kim byłabym ja? Jakie szlify powstałyby w Krysztale, bez ich udziału? Jak wiele bym straciła? Jak dużo zyskała? Przesuwając wzrok po wspomnieniach, szukam nieistniejącej odpowiedzi.
Wciśnięta w rolę Tyra zbyt często zapominam o ciążącej u szyi odpowiedzialności. Skoncentrowana na wadze Schematu, wprzęgnięta w zaprzęg Tyrów, przycięta na wymiar CzasuOszacowywaniaFarów gubię to, co najistotniejsze - Słowa, Spojrzenia, Gesty. Jestem zbyt nieuważna, zbyt rozedrgana, by dostrzec rylec, który mam w dłoniach. Zapominam o jego sile, o tym, że każde moje słowo, każda reakcja może zostawić ślad, wyciąć w czyimś Krysztale drogowskaz, osadzić kompas, wypalić mapę. Nie znam właściwych dróg. Nie mam majątku gotowych odpowiedzi, więc dlaczego WielkiCynik pozwala, by moje istnienie zderzało się z innymi, wytrącało je z toru lub wprowadzało na odpowiednią trajektorię?
Twarze zatrzymane na matrycy wspomnień już nie istnieją. Są inne, starsze, przemienione przez Czas. Ich rzeczywistości już dawno nie przystają do mojej, a jednak gdzieś głęboko został ślad, którego wcale nie chciałam odcisnąć. To miały być skrzydła do lotu. Odwaga do buntu. Ciekawość tego, co dalej. Własna droga, daleka od mojej, niedoskonałej, pełnej błędów i zakrętów. 

sobota, 25 lutego 2017

PrzeRażenie

Rzeczywistość DolinyMgieł staje się coraz bardziej kubistyczna. Twarde kontury Schematu wdzierają się w każdy zakamarek, w każdą dziedzinę - przebijają, kaleczą, niszczą. Schemat rozrasta się do niespotykanych dotąd rozmiarów. Kuriozalnie i groteskowo. Tak bardzo, że spora część Fozów poczuła jego ciasnotę i poczęła się w nim nieporadnie rozpychać w imię ObronyWolności. Organizują te swoje ZbiorowePokrzykiwania ocienieni łopotem transparentów z hasłami będącymi lustrzanym odbiciem haseł adwersarzy.
Fozy nie tworzą już jednolitej, prostej i nieskomplikowanej masy, przemykającej między zwyczajnością kolejnych dni. W swojej ignorancji i zaciekłości podzieliły się na wyznawców PrawdyCałej i CałejPrawdy i stanęły naprzeciw siebie, obrzucając przeciwnika swoją wersją PółPrawdy i ĆwierćFaktu. Nie trzeba zbyt długo się przyglądać ich manewrom, by zauważyć całkowity bezsens obu stron i rosnącą, dziką zajadłość Piarów, stojących na czele tych i tamtych. Im mocniej okopują się jedni, tym zacieklej atakują drudzy, by po chwili, jak znudzone dzieci, zamienić się rolami. Spirala nakręca się do granic wytrzymałości, coraz mocniej wytyczając ramy Schematu wokół rozedrganej Rzeczywistości. 
W chaosie PrawdZmiennych Słowa tracą swoje znaczenia, stając się w zależności od potrzeb FaktemNiepodważalnym lub FaktemOczywistym. Przeskakują między byciem Hasłem a Definicją, zamieniają się  zdeformowanymi ciałami, jak maskami w karnawale, bez pewności swojej Prawdy. A Fozy czepiają się bezmyślnie tej fasady, bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że wnętrze pozostaje puste, że Idea, której służą, jest tylko wytartym Frazesem. 
PrawdaKryształu jest w świecie Fozów nie do przyjęcia - za prosta, za mocno relatywna. Kiedy się patrzy przez pryzmat Kryształu, widać zbyt wiele perspektyw, które zbiegają się w elementarne podstawy Istnienia. 


* * *
Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego

.

niedziela, 5 czerwca 2016

Dziecko WielkiegoCynika

Przestrzeń otwiera się przede mną jak księga, pełną historii przedwiecznych, obecnych I nigdy nienadeszłych.  Czas zatrzymuje się, zapętla sam w sobie, przemiela moje istnienie zębatymi kołami galatyk nad głową, rozciera mój pył polodowcowym trwaniem krajobrazu.  Otoczona wiatrem, zapachem ziół, wypełniona po brzegi odgłosami ciszy, przesiąknięta majestatycznym spokojem lasów gubię swoją przemijalność. W relacji ze światem drzew, wiatrów o zapachu siana, lekkich głosów żurawi znajduję sens swojego tu i teraz. Sens chwilowy i odwieczny.  Przemijalny  i trwały. 

Jestem wszystkim, każdym z tych ziaren doskonałości Wielkiego Cynika, którego obecność jest niemal namacalna. Jestem w głosach skowronków, blaskach słońca na falach, w każdym z tych banałów,  pokręconego i nielogicznego świata Fozów, pełnego wielu niepotrzebnych słów, jazgotliwej potrzeby zaznaczania swojego istnienia.

Na ogromnej, skoszonej łące siedzimy razem, w niepoliczalnej liczbie obecności. Tworzymy jakąś niepojętą układankę  przenikających się historii,  opowiadanych  wieloma językami.

Tacy różni, tacy niepojęci. Dzieci WielkiegoCynika, rozrzucone po wszechświecie odłamki Kryształu. 



poniedziałek, 16 maja 2016

NieDopasowanie II

Niespokojnymi haustami spijam cierpki zapach świeżej zieleni. Uspokaja jak filiżanka gorzkiej herbaty sączona małymi łyczkami. Chłód wieczoru przywołuje zmysły do porządku, wciska je w dygoczące ciało i skupia na prostych i logicznych sprawach. Zimne krople nierównomiernie osiadają na skórze - jedna...druga...trzecia...Nie wiem, ile czasu pozwalam im błądzić po pociągniętych tuszem rzęsach, mieszać się z pudrem i wspomnieniami. Nie liczę. Trwam wciśnięta w zieleń mokrego lasu. Trwam. Mimo wszystko.
Deszcz pada coraz intensywniej, a ja czuję, jakbym rozpadała się pod dotykiem miękkich kropli. Wsiąkają we mnie, rozmaczają, rozpuszczają bezgłośnie. Jestem jednowymiarową, papierową wycinanką, sztucznym tworem rozpiętym w rzeczywistości, do której nie przystaję. Szukam swojego miejsca i wciąż czuję się obco - nie tu, nie tak, nie taka.
Każdego dnia bezgłośnie wchodzę w świat Fozów, z jedną, konkretna myślą - przetrwać do zmroku, zagonić się w codzienności i nie czuć tej odchłani, która cały czas otacza moje istnienie. Zacisnąć oczy, by nie uwolnić łez, zasznurować usta, by krzyk nie rozdarł normalności wokół, wbić paznokcie w dłonie, do fizycznego bólu, który na moment odwróci uwagę od nicości. Szukam ucieczek, by nie zauważać powtarzających się schematów, których nie umiem przezwyciężyć, które wciąż spychają mnie na krawędzie życia. A gdy przestaję uciekać, gdy pozwalam zmysłom na odczucie prawdy, Kryształ pęka od niewyobrażalnego bólu, który krwawo skrapla się na krawędziach. 

* * *
Nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Nie wiem, czy mój czas w ogóle istnieje. Wciąż czuję, jakbym przynależała do innego świata. Może takiego, którego w ogóle nie ma. Mam wrażenie, jakbym prześlizgiwała się w czasie, który nigdy nie jest mój - jakbym rodziła się za wcześnie albo za późno, nigdy w porę. 



sobota, 12 grudnia 2015

Przechodzień

Słowa. W tłumie, zgiełku, pędzie miasta oplatały mnie Słowa. Przelatywały nad głową stadami niedokończonych wierszy, szły obok w szeptach pourywanych historii, ześlizgiwały się z budynków, drzew i śmietników, czekając tylko na podniesienie.
* * *
Idę rozświetloną ulicą. Godziny szczytu. Tłum. Nieobecne twarze, samochody, sygnał karetki, tramwaje. Wszyscy gnają, płyną ludzką lawą o setkach kończyn dolinami brukowanych chodników. Spojrzenie prześlizguje się po obiektach nie rozróżniając ich - człowiek, ławka, jakiś samochód, manekin na wystawie, słupek - wszystko zlewa się w jeden rzeczownik, przeszkodę do ominięcia. 
Dostosowuję krok, prawie biegnę, zajęta układaniem w myślach kolejnej listy spraw bez końca. Każde odhaczenie jednego obowiązku powoduje, że na jego miejsce natychmiast wskakuje następny. Idiotyczny constats, dowód na istnienie nieskończoności, nad której absurdem nie zatrzymuję rozpędzonych myśli. 
Z daleka wzrok przykuwa zbliżająca się sylwetka - jakiś chłopak, z wielką teczką na rysunki i nonszalancko opuszczonymi szelkami. Zastanawiam się, dlaczego moja myśl zatrzymała się na jego niepozornym obrazie i nagle uświadamiam sobie, że mężczyzna idzie spacerkiem. Jego ruch ma w sobie coś hipnotycznego, jest jak centrum poruszającej się spirali, jak obraz iluzoryczny, który za chwile okaże się artystycznym oszustwem. 
Człowiek jest coraz bliżej. Widzę zawadiacki kapelusz i garść ołówków wystających z kieszeni rozpiętego płaszcza. Dostrzegam wyraz twarzy - spokojny, ciepły uśmiech, zatrzymuje mi się w źrenicach i natychmiast odbija się w jego figlarnym spojrzeniu. Ułamek sekundy, zwolniony do granic wytrzymałości, napakowany szczegółami. Mijamy się. Za chłopakiem sunie mgiełka subtelnego zapachu perfum. Zatrzymuję się, oczarowana nutą fascynacji. Przez umysł przelatuje myśl, by się obejrzeć, ale od razu rezygnuję z takiego rozwiązania - trwam w chwili, nie szukam wyjaśnień ani doprecyzowań.
Kiedy ruszam dalej, oczy zaczynają widzieć, a Kryształ czuć. Powoli dostrzegam zapadający zmrok i światła miasta wschodzące ponad głowami. Zbieram Słowa, które nagle ujawniają swoją obecność, docierają do świadomości. Filozoficzna dysputa o przewadze hamburgerów nad kebabami, z niezwykłą żarliwością prowadzona za moimi plecami przez przejętych studentów, maluje uśmiech na ustach, a pożegnanie dwóch staruszek, pełne młodzieńczej pasji zapada w serce. 
Staję z boku, przy wystawie jakiegoś sklepu z butami. W witrynie odbija się płynący ulicą tłum, który nagle przestaje być bezkształtna masą i staje się splotem historii, nurtem opowieści o hamburgerach i książkach, o wykładach z rysunku i zmysłowych perfumach, o ukochanych psach i straconych złudzeniach, o spóźnieniach, które zmieniły wszystko i tramwajach, które nigdy nie przyjechały.  Wreszcie o mężczyźnie z teczką na rysunki, którego prowokacyjne spojrzenie odbija się w lustrze witryny. Nie odwracam się. Wiem, że odleciał. 

piątek, 4 grudnia 2015

Dom WielkiegoCynika

Wypchnięta na scenę  codzienności, gram bez wytchnienia swoją rolę, poruszana zdrewniałym sercem. Wstaję,  chodzę, siadam, śpię uwięziona w nieswoim ciele, pociągana linkami przywiązanymi do krzyżaka Czasu. Ja-Nieja. Ktoś. Bez myśli, bez celu, bez wzruszeń. Marionetka w obłędzie świata.
Kiedy weszłam w progi domu WielkiegoCynika, nagle pourywały się  wszystkie sznurki, jakby wielkie, ciężkie drzwi niczym skalpel odcięły wiązania zasznurowane rękami Lalkarza-Czasu.  Cisza rozlała się we mnie, napełniła żyły tętniącym spokojem. Skłębione myśli, porozwlekane we wszystkie strony, spanikowane i rozedrgane, potulnie wróciły do swojego nurtu.  Stanęłam na środku pustej nawy, zamknęłam oczy. Miękkość dywanu natychmiast wyrosła pod stopami, jakby tylko czekając by pochwycić i wyciszyć  moje kroki. Cisza przestała być jednolita. Pojawiła się w niej cała symfonia skrzypnięć, akordy  przekładanych stron w śpiewnikach, nieśmiałość kroków na marmurowej posadzce, szepty zapalanych świec.  Zapach, którego nigdy nie potrafiłam nazwać, zapach domu WielkiegoCynika zawirował w nozdrzach i dotarł do świadomości. Nie wiem, czym jest, ale zawsze, gdy go wdycham, przepełnia mnie jak wino amforę. Jest zapachem braku lęku, bliskości, wonią spokoju i pewności, powrotem z bardzo dalekiej podróży, bezpieczną przystanią czyjejś obecności, pewnością, że już wszystko będzie dobre.

Pierwsze dźwięki organów są  ciężkie, prawie wgniatają w posadzkę. Drgają w całym ciele, przenikają wszystkie tkanki. Milkną. Otwieram oczy i patrzę w górę, w wir kopuły. Na balkonach stoją ubrane na biało postacie ze świecami w dłoniach.  Ich śpiew porusza dawno zardzewiałą Strunę, Kryształ zaczyna drgać. Wpatrzona w górę mam wrażenie, jakby grawitacja nie istniała, a dźwięki unosiły mnie ponad wszystkie myśli, problemy, przyziemności.  Blask świec i muzyka rozbłyskują wzruszeniem na krawędzi rzęs. Gardło zaciska się i już wiem, że nie powstrzymam modlitwy łez, cichej spowiedzi z grzechu nieistnienia. 

czwartek, 3 grudnia 2015

Reset

„Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła"

Dolina Mgieł przypomina kocioł czarownic, w który warzy się demoniczny koktajl destrukcji skomponowany z nienawiści, nietolerancji, arogancji i zła, doprawiony ignorancją i obojętnością. Wrze wyrzucając w górę purchle dezinformacji, które rozrywają się gdzieś na powierzchni i opadają jeszcze bardziej podsycając aromat obłędu. Ponad nim unosi się ciężki opar totalnego absurdu. Mieszanina niepokoju i kipiącej wrogości coraz większym obłokiem pokrywa przestrzeń, zamyka wszystko w rozedrganej chmurze histerii.
Fozy oszalały.
Rozcięte na dwie frakcje PrawdziwejDemokracji i DemokracjiPrawdziwej, podzielone według jakiegoś zupełnie absurdalnego wzoru, skaczą sobie do gardeł, wykrzykując te same słowa, dawno obrane ze znaczeń i wypłukane z sensów. Rozsądek i Logikę wiążą w białe kaftany i odsyłają do sanatorium, Prawo faszerują psychotropami, by samo uwierzyło w swoje szaleństwo. Schizofrenia dumnie zasiada na tronie i rządzi raz jedną, raz drugą stroną osobowości. Nic już nie posiada awersu i rewersu, ram ani definicji.  Jedynym stabilnym miejscem wydaje się być MontowniaDusz.

Im szerszą perspektywę przyjąć, tym szaleństwo wydaje się większe, jakby nagle wszystko ruszyło w przepaść. Patrzę na tę lawinę, stojąc gdzieś w dolinie i zastanawiam się, kiedy przetoczy się po mnie i po całej mojej rzeczywistości, zostawiając za sobą jedynie zgliszcza i tumany opadającego powoli szarego pyłu. Wokół mnie stada Fozów przenoszą swoje barykady z jednej strony na drugą, przekrzykują się pojęciami, które stały się już tylko zlepkami nic nieznaczących liter. Antonimy stały się synonimami - prawda i fałsz noszą te same maski, maski fanatyzmu.

Boję się. Jakieś demoniczne siły żyjące w głębi Fozów wydostają się i zmieniają krajobraz DolinyMgieł. Jest ich coraz więcej, są coraz silniejsze, karmią się same sobą, swoją zaciętością i arogancją, swoim wystudiowanym egoizmem. Zaślepienie i ignorancja, nieprzewidywalność, buzujące w nabrzmiałych furią twarzach, są przerażające.  Nadchodzący CzasZatrzymania jeszcze potęguje poczucie całkowitego absurdu tego, co wokół, poczucie bezsilności i żalu. Narastają pytania, oplatają mnie jak bluszcz - pytania duszące, pytania bez odpowiedzi, pytania zbyt refleksyjne, by można było na nie znaleźć odpowiedź w realiach pozbawionych sensu. Na początku był chaos. Chaos na końcu?

Po kolejnej dawce doniesień z DolinyMgieł wychodzę na spacer. Chłodne powietrze napełnia każdą komórkę spokojem. Ciemność jest bezpieczna i cicha, miękka od wilgoci. Taka normalna.


Patrzę w niebo jakby tam, wśród miliardów gwiazd była ta jedna, czerwona, z napisem RESET.

środa, 12 sierpnia 2015

Przypadek

Przypadek...zbieg okoliczności...zdarzenie, którego nie da się przewidzieć. Czasem ciężko uwierzyć, że coś dzieje się  bez przyczyny, bez powodu. Ot tak. Po prostu.

Kilka dni temu zabierałam z DomuMilczenia kilka książek. Nic szczególnego, parę pozycji potrzebnych mi do nowego sezonu Schematyzacji Farów.. Wieczorem usiadłam na balkonie i zaczęłam je przeglądać, przypominać sobie spisy treści, zawartość. Wśród książek było moje ukochane z dzieciństwa wydanie Nowego Testamentu w wersji komiksowej. Otworzyłam książkę na chybił trafił i po raz enty przeczytałam przypowieść o miłosiernym Samarytaninie...

* * *

Środek miasta. Upał leje się z nieba, rozgrzewa do czerwoności każdą kroplę powietrza. Wracam do domu, marząc, by znaleźć się już w zacienionym pokoju, przy włączonym wiatraku, jednak jak na złość trafiam na "czerwoną falę". Raz po raz zatrzymuję się na światłach - upał, rozgrzane spaliny, brak ruchu powietrza...Koszmar. 
Ruszam spod kolejnych świateł, skręcam na skrzyżowaniu i nagle...samochód gaśnie. Ot tak, bez przyczyny, bez ostrzeżenia zatrzymuje się na środku trzypasmówki. Robi mi się jeszcze bardziej gorąco. Odruchowo wciskam przycisk świateł awaryjnych. Próbuję odpalić... i udaje mi się zjechać bliżej brzegu jezdni. Znów gaśnie. 
W torebce szukam telefonu i nagle uświadamiam sobie, że zostawiłam go razem z zakupami, w kuchni. Szlag. Upał. Nerwy. Bezradność. 
Rozpędzone Fozy mijają mnie w swoich autach. Widzę zaciekawione spojrzenia, rozzłoszczone twarze, którym zatarasowałam drogę. Jakiś rozwścieczony Foz zwalnia, by mnie nawyzywać. Radiowóz przejeżdża obok, bez większego zainteresowania panowie policjanci spoglądają na moją strapioną minę nad otwartą maską.  Ktoś inny, krzyczy, bym wystawiła trójkąt, okraszając tę uwagę odpowiednią dawką inwektyw. Fakt, w tym całym zamieszaniu zapomniałam o trójkącie. Stawiam.
Próbuję się skoncentrować i wymyślić, jak wybrnąć z tej sytuacji. Telefon...Jakoś trzeba zadzwonić, ale kto w erze telefonów komórkowych zna numery na pamięć? 
Nagle przede mną zatrzymuje się samochód. Wysiada z niego facet i pyta, jak może pomóc, zastrzegając od razu, że nie zna się na samochodach... Rozmawiamy chwilę i człowiek proponuje, że zholuje mnie w  jakieś mniej uciążliwe dla ruchu miejsce. A może do jakiegoś mechanika? A w ogóle to on tez jest z okolicy i właściwie, to nie ma problemu, by zholować samochód pod dom. Mężczyzna wyjmuje linkę, zaczepia samochód i jedziemy...
Na miejscu pytam, jak mogę się odwdzięczyć, a on na to, że nie trzeba. Że liczy się dla niego bezinteresowna pomoc i cieszy się, że mógł mnie poratować. Żegnamy się... 
Gdy szok mija uświadamiam sobie, że nie spytałam człowieka  o imię, nie pamiętam marki, koloru ani rejestracji samochodu, niczego, co pozwoliłoby mi odszukać mężczyznę i ... mimo wszystko jakoś mu podziękować. 
Wracam do domu z przeświadczeniem, że mam dług wobec świata, że teraz ja powinnam komuś pomóc, kogoś wesprzeć. Puścić w świat ten gest człowieczeństwa, solidarności, bezinteresowności... 

* * * 

Włączam telewizor. Zaczyna się jakiś film. Oglądam. To "Podaj dalej" w reż. Mimi Leder - film o łańcuszku dobrych uczynków zapoczątkowanym przez małego chłopca. Przypadek? 

* * *
Patrzę w roziskrzone gwiazdami niebo, które raz po raz zrzuca nam do nóg szanse na spełnienie marzeń. Sezon Perseid... Patrzę i nie mogę się wyzbyć wrażenia, że WielkiCynik znów puścił do mnie oko, że znowu postawił mi na drodze serię "zbiegów okoliczności", bym się o nie potknęła i otworzyła szerzej oczy, coś zobaczyła. Nie do końca wiem, o co mu chodzi tym razem, ale jestem pewna, że niedługo się dowiem, gdy znów coś stanie się "przypadkiem".

czwartek, 30 lipca 2015

Bilet

Chłód księżycowego światła przenika przez skórę. Srebrne igiełki poświaty lekko wbijają się w ciało, wstrzykując w krwiobieg lodowate poczucie pustki. Akupunktura nocy zalecza chaos dnia.
W spojrzeniu odbija się srebrny obraz księżyca, dalekie, przepełnione tęsknotą pragnienie poznania tego, co poza atmosferą, poza przestrzenią i czasem. W Krysztale  rośnie zamglone pragnienie ucieczki jak najdalej od maskowanej makijażem samotności, w rejony  z wyboru bezludne. W ciszę i obrazy galaktyk, w surowe pejzaże nieodkrytych kosmosów. One way ticket...

DolinaMgieł wydaje się czasem bardziej opustoszała niż bezkresne odmęty nieba, chociaż wszędzie pełno twarzy. Obcych. Bez związku.  Bez oczu, bez ust. Uciekam od ich pozornej obecności w ciszę własnych, kosmicznych mgławic, w poczucie bezdennej pustki, chłodu, smutku. Wiem, że  tylko krok dzieli mnie od kolejnej przepaści,  od gąbczastej  chmury wilgotnych Mgieł, a jednak nie potrafię wyrwać z żył księżycowej heroiny, pokonać lęku przed nowym dniem, wyjść z kokonu -  miękko-śmiertelnie-bezpiecznego. To trwanie, z jednej strony pełne wyboru, z drugiej niewoli, powoli mnie niszczy. Dusi. Nie potrafię otrząsnąć się z niego. Z każdą chwilą coraz wyraźniej słyszę złowieszczy pomruk Mgieł,  coraz mocniej czuję ich lodowaty powiew.

Patrzę w jasną  twarz księżyca i czuję jak jego srebrna poświata powoli wypełnia cały  Kryształ, aż po ściśniete gardło i  chłodem rzeźbi doliny, którymi toczą się lawiny kamiennych łez. Znów coś mnie woła Tam, w WielkąNiewiadomą, w ciszę i ciemność bezkresów,  w podróż, u kresu której jest błogie BezCzucie. One way ticket.

wtorek, 14 lipca 2015

NienarodzoneŚwiaty

Nurt przepływa gdzieś w dole, pod moimi stopami, szaroniebieską strugą chmur odbitych w kroplach wody. Na twarzy mam maskę wiatru, lekki woal zapachu orzeźwienia, niesiony z odległych przestrzeni. Zamykam oczy i powoli, bardzo powoli zaczynam słyszeć...  Świat Fozów, pełen zgiełku, zostawiam gdzieś za sobą, na granicy zurbanizowanego krajobrazu. Jego pośpiech, natłok informacji i zdań bez znaczenia, potoki twarzy bez historii i oczu bez spojrzenia. Uciekam od głośnej obecności, wykrawania przestrzeni wrzaskliwym egoizmem i drażniącego prawa do bycia centrum mojej uważności, zdobywanego hałaśliwym istnieniem, którego nie da się pominąć, nie zauważyć, obejść. Z dala od foziego świata zaczynam oddychać Słowem. Jestem.

Słowa zaczynają snuć się za mną jak nici babiego lata. Pojawiają się, łączą, tworząc ulotne konstrukcje, a po chwili już szybują dalej, znikają z pola widzenia pamięci, ulatują w stronę kogoś, kto będzie potrafił je zatrzymać, spleść z nich misterną tkaninę historii, uprząść w narrację. Przerzucam stronice zapisane niezwykłymi partyturami Słów, chłonę ich treść i nieoczywistość zestawień, zanurzam się w światy istniejące i nieistniejące zarazem. Nie mogę się nadziwić ilości kombinacji, niezwykłej pojemności znaczeń, wielowymiarowej formie Słów, które wymykają się definicjom. Im mocniej zanurzam w nie spragniony Kryształ, tym większe jest jego pragnienie, by zatrzymać smugi Słów, zbudować z nich filigranową konstrukcję nieistniejącego świata, utkać znaczeniowe pancerze dla nienarodzonych istnień i sprawić, by narodziły się w przestrzeni darowanego im czasu - na krótką chwilę wędrówki między prologiem a epilogiem.

W krysztale rozbłyskują na ułamek sekundy flesze opowieści. Porwane i niepełne negatywy postaci, bez twarzy i szczegółów. Wiem, że można wypełnić je sensami, wyżłobić w znaczeniach Słów zmarszczki indywidualności i wcisnąć w żyły życiodajną treść, ale moje dłonie są zbyt słabe, by utrzymać dłuto. Materia kartki nie poddaje się pociągnięciom rylca, a wyobraźnia, wciśnięta PrzedCzasem w Schemat nie umie poskładać elementów w mozaikę i z dystansu odczytać obrazu.

Słowa wypełniają aorty Kryształu, pulsują. Uwięzione krążą w zamkniętym obiegu, od czasu do czasu zostawiają swój ślad to tu to tam. Skraplają się na szlifach i skapują ciężkimi kroplami na wyjałowiony piasek, wsiąkają w graficzne kształty samych siebie.
















sobota, 20 czerwca 2015

Rozmowa

Przebijam się przez zapętlenia Czasu, tracąc orientację. Obok mnie przepływają twarze, supłają się zdarzenia, zarastam kurzem niezauważonych chwil. W poplątaniu gubię uważność i Zatrzymania. Wrośnięta w kostium Foza gram jakąś rolę, deklamuję kolejne wersy nie mojego scenariusza, pustosłowie bez interpretacji wypijam z każdym haustem pośpiesznej kawy.

Nie pamiętam, ile galaktyk temu spojrzałam w niebo i zauważyłam jego kształt. Opalone zachodem ranty chmur, przebite na wskroś blaskiem, biegnącym w nieskończoność błękitów. Maestria kolorów, faktur i światłocieni, tuż nad moim zadziwieniem. Impresjonistyczny obraz malowany pociągnięciami wiatru, tuż nad głowami ociemniałych tłumów. Chwila zatrzymana na źrenicy pamięci.

W przytulnym gabinecie nocy Słowa znów nabrały mocy i cierpkiej słodyczy sensów. Wniknęły w Kryształ i poruszyły Strunę, obsypując z niej zasiedziały kurz doznań. W ciszę rutynowych powinności wleciał powiew wspomnienia, podmuch żywej Obecności, ton zapomnianego dawno głosu. BezPowrotny.

I znów Czas zapomniał o swoim istnieniu, otwierając coraz głębsze pokłady nocy, zwierzeń i zdań zbitych na prędce, niecierpliwych i oczekujących. I znów posypały się Iskry, między Słowami, między Myślami, między Emocjami, w rozmowie, która zaistniała wbrew prawom fizyki. Spadły z twarzy makijaże przypisanych ról, z oczu osunęły się klapki powinności i musów. Wszechświat zwolnił swój bieg, by dać nam szansę na to spotkanie, na rozciąganie i wydłużanie kolejnych fraz, aż w nieskończoność pożegnania.

Spotkania z BezPowrotnym przepełnione są tajemnicą i niezbadaną grą Przypadków i Przeczuć. Jego Słowa zjawiają się niepodziewanie, bez jakiejkolwiek logiki. Pojawiają się po prostu, rozkwitają w pełną sensów i niedopowiedzeń rozmowę, inspirują i wybijają z torów codziennych przymusów, po czym milkną. Znikają wraz z jego obrazem, gdzieś za horyzontem wyznaczającym granicę naszych światów. Odchodzą. Do kolejnego objawienia, kiedyś...gdzieś... Paradoksalnie brzmią w ciszy Kryształu długo po tym, jak umilknie ich echo.

BezPowrotny intryguje mnie złożonością swoich antytez. Gdzieś pod kreacją obojętności, pod misterną maską egocentryzmu, lśni tęczowymi refleksami jeden z najpiękniejszych Kryształów, jakie znam. Gdzieś w zakamarkach szlifów, skrywa się niepojęta wrażliwość, wyczulony sejsmograf subtelnych uczuć, który wyczuwa moje zagubienie nawet przez gruba skorupę czasu. Wystarczy dźwięk, Słowo, obraz, niedokończona myśl, aby poruszyć te ukryte głęboko pokłady delikatności i subtelnego wdzięku. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego wciąż szukam myślą jego Obecności, chociaż nigdy nie był częścią mojego świata. Nie wiem, dlaczego z utęsknieniem czekam na te jego powroty, na rozmowy poza Czasem. Wiem tylko, że BezPowrotny jakimś dziwnym trafem ratuje mnie przez bezmyślną gonitwą w chomiczym kółku świata. Jest dla mnie lustrem w którym mogę odbić swoje Myśli i Refleksje. Jest moim poszukiwaniem odpowiedzi. Aniołem zagubionym gdzieś na krawędzi świata.


poniedziałek, 15 grudnia 2014

WielkiCynik

Po drugiej stronie DolinyMgieł, w czasach DomuMilczenia był dla mnie obcym spojrzeniem posyłanym z mozaik, milczącym starcem usadzonym na fresku pod sklepieniem, bezdźwięcznym Słowem, powtarzanym bez cienia treści, nic nie znaczącą konwencją. Tyle razy wchodziłam w Jego progi, ale nigdy Go nie zastałam. Zgubiony w tłumie, oślepiony świecidełkami i  obłudą, zachłyśnięty dymem z kadzideł - szwędał się po ulicach.  Wołałam - milczał. Słuchałam - milczał.  Opowieściami powtarzanymi bez refleksji Fozy budowały w mojej świadomości kiczowaty obrazek, konstrukcję jedynie słusznych cech, witraż posklejany niedbale spoiwem "TakTrzeba". Kryształ milczał - żadnych Iskier, Blasków, Zatrzymań. Cisza. Doskonały dowód nieistnienia.

Zawsze lubiłam przychodzić do Niego w ciszy i pustce, szukać Jego cieni w odbiciach witraży na posadzkach, wysłuchiwać odgłosów Jego kroków, dosięgać ideału w ciężkich głosach organów. Albo zamykać oczy i czuć Jego oddech w wietrze płynącym znad jezior, słyszeć szepty na szczytach gór, gdy rozkładał przede mną piękno swojego dzieła. Wtedy wiedziałam, że gdzieś tam jest - milczący, tajemniczy, nieufny, cały mój i całkowicie nieosiągalny.

Nie objawił się w blaskach i promieniach. Nie przemówił z ambony ubrany w atłasy i gronostaje. Przyszedł niezauważony w ZbiegachOkoliczności, zbyt przemyślanych, by mogły być jedynie wynikiem prawdopodobieństwa. Rozrzucił mi pod nogami pytania, bym mogła potykać się o oczywistości i szerzej otwierać oczy. Nieprzeciętnie inteligentny, tak do granic fascynacji, przewidujący każdy mój krok i ustawiający mi przed nosem kolejne odpowiedzi, z którymi tak łatwo się zderzyć, kiedy jest się wystarczająco uważnym.  Wtedy też można dostrzec Jego wyrafinowane pomysły, misterny scenariusz gry RPG, której reguły zna tylko On sam. Za każdym razem daję się wpisać w przydzieloną mi rolę i wyprowadzić na manowce, daję postawić się w ZbieguOkoliczności zbyt przemyślanym, misternie uknutym i idealnie cynicznym. Rozgrywam z Nim kolejną partię szachów, ustawiając na planszy zdarzenia i napotkane istnienia, by pod koniec rozgrywki zauważyć to, co On wie od samego początku. Doskonałą strategią wydarzeń wplątuje mnie w sytuacje do granic rozsądku absurdalne, stawia przed faktami dokonanymi, pokazuje błędy w logice poczynań. Zawsze wygrywa. Szach. Mat.

*  *  *

W świetle lampy maluję anioły na kawałku drewna - kolejne podarunki na CzasZatrzymania. Myślami błądzę po DomuMilczenia, między Białą a NieIstniejącym. Rozważam Słowa WielkiegoCynika o przebaczeniu, o wartości wspólnoty i zastanawiam się, czy mam aż tyle siły, by wyszlifować wszystkie Blizny wyryte w Krysztale...  WielkiCynik zaczyna nową partię - na szachownicy ustawia swoje Słowa, moje Emocje, obecność NieZwykłego, dorzuca jeszcze audycję radiową o Mgłach i DomachMilczenia. Nieświadomie podejmuję grę, z zaangażowaniem analizuję każdy ruch - napełniam szachownice refleksjami, wspomnieniami, przebrzmiałym bólem, strachem i wstydem. Znów jestem tamtym dzieckiem. Czuję  chłód zimnego betonu pod bosymi stopami, słyszę swój krzyk, znów istnieję wyłącznie w szklanej kuli, za której grubymi ścianami jest prawdziwy świat... Nagle z tamtej rzeczywistości wyrywa mnie piosenka... Z radiowego głośnika płynie Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy... Ze wszystkich świątecznych piosenek świata właśnie TA. Jedyne dobre wspomnienie CzasuZatrzymania - zapach choinki, gładko ogolona twarz Dziadka, gwar oczekiwania na spotkanie, białe wirujące płatki śniegu w świetle latarni...ZbiegOkoliczności? Nie. Kolejny szach-mat. Srebrna kropla rozbija się o skrzydła anioła.

piątek, 12 grudnia 2014

PozaCzasem

Czas pożarł własny ogon i zwinął się w nieskończoność powinności. Dni pozlewały się w burą masę niczym farby na zaniedbanej palecie. Straciły granice i sensy zapętlając się o siebie. Noce zatraciły zmierzchy i świty, odurzone tabletkami zaroiły się mieliznami bez snów, bez refleksji, bez Zatrzymań. W biegu między początkiem a końcem czasu gubię oddechy i uderzenia serca, czyjeś Słowa, jakieś obrazy, jakieś dźwięki. Gnam gdzieś niesiona spienionym nurtem codzienności, bezwolna, bezsilna wobec żywiołu, bez szans na wydostanie się z szaleństwa, jedna z milionów kropli w strumieniu tłumu.

*  *  *

Wylewam się tłumem z autobusu, w jednej ręce telefon z natrętnym przypomnieniem i listą nieodebranych połączeń, w drugiej kalendarz przeżarty gangreną terminów, miejsc i twarzy ustawionych na styk, tak blisko siebie, że już dawno zatraciły indywidualny rys jakiegokolwiek znaczenia i stały się listą zdarzeń, o których zapomina się w sekundę po odhaczeniu. Dostosowuję krok do tempa tłumu, do pośpiechu jakiegoś rozkładu jazdy, czyjegoś spotkania, rozpoczętych przed chwilą wykładów. Znów biegnę i nagle uświadamiam sobie, że w wystawie miga mi znajoma twarz Foza. Bez wyrazu. Bez blasku. Bez osobowości. Puste oczy patrzą i nie widzą, zamydlone pianą "trzeba" i "muszę".  Zatrzymuję się przed witryna jakiegoś sklepu i staram się w tym obcym odbiciu znaleźć poblask Kryształu,wydostać się z niewygodnej i duszącej skóry Foza. Coś w środku zaczyna powtarzać mantrę - Zatrzymaj się...Zatrzymaj się...Zatrzymaj się... Zamykam oczy. Słyszę ryk samochodów, dzwonki tramwajów, klaksony, tupot milionów stóp bez tożsamości, rozmowy, kłótnie... Do umysłu zaczynają się przesączać dźwięki akordeonu - odległe, przysypane hałasem rozszalałego tłumu. Całym Kryształem koncentruję się na znajomej melodii, próbuję ją  rozpoznać nuta po nucie, podążyć za jej głosem. Wszystko znika. Nie ma już tramwajów, hałasu, pędzących na oślep Fozów. Wszystko cichnie. Staję się  muzyką... Głosem akordeonu. Przepięknym polonezem Ogińskiego. Otwieram oczy. Wszystko wokół zamiera. Między woskowymi figurami Fozów szukam akordeonisty. Po drugiej stronie ulicy, w załomie budynku siedzi mężczyzna - ani młody, ani stary, jakby zawieszony poza Czasem. Gra. Prowadzona muzyką mijam jakieś sylwetki, jakieś pojazdy, by stanąć naprzeciw niego.  Akordeonista nie patrzy. Jest ze swoją muzyka daleko, gdzieś w świecie, w którym za pomocą dotyku opuszkiem palca można stwarzać wszystko od nowa. Akordeonista - Demiurg.

Utwór się kończy. Muzyk zamyka oczy i zastyga z dłońmi na klawiaturze. Siadam naprzeciwko niego, na jakiejś przystankowej ławeczce. Świat rusza swoim tempem, a my trwamy w tamtym doznaniu. Akordeonista zaczyna grac kolejny utwór. Niskie, głębokie dźwięki przenikają do Kryształu, wibrują gdzieś w trzewiach. Rozpoznaję Bacha i uśmiech drga w kącikach ust. Patrzę na muzyka, a on otwiera oczy. Siedzimy w bezruchu, wpatrzeni w odległe galaktyki źrenic, w przestrzenie, gdzie ta chwila trwa bez zażenowania. Mijają sylwetki, odjeżdżają autobusy, zmierzch rozpala kolejne latarnie.

Akordeonista zamyka oczy. Smukłe dłonie zamierają w bezruchu. Są sine  od mżawki i grudniowego powietrza. Cicho wstaję z ławki i idę do pobliskiej kawiarni. Za plecami słyszę kolejny utwór... Kupuję gorącą kawę. Czekam chwilę, aż muzyka wybrzmi do końca i bez słowa podaję mężczyźnie napój. Uśmiecha się i skinieniem głowy dziękuje, po czym grzeje dłonie o styropianowy kubek. Nie czekam dłużej.  Odchodzę. W mijanej wystawie znów widzę swoją twarz. Dogania mnie muzyka... Beethoven...

środa, 9 lipca 2014

* * * (Bielszy odcień bieli)

Dawno temu, jeszcze na progu DomuMilczenia, zebrałam słowa bładzące w Krysztale. Dziś, gdy DolinęMgieł rozjaśnia obecność innych Kryształowych, gdy słowa powracają, obrazy materializują się we wszystkie odcienie Emocji, otwieram dłonie i pozwalał Słowo ulecieć. Tam, gdzie poruszą czyjąś Strunę.

NiePrzeciętna - dla Ciebie.

*  *  *

BIELSZY ODCIEŃ BIELI

*  *  *

Spadałam. Lekko, spokojnie, jakby zabójcze prawo ciążenia okazywało łaskę mojemu ciału. Wolno spływałam w dół, z jednej ciemności w drugą. Zamknęłam oczy. Wolałam nie patrzeć na roztaczającą się pod stopami czeluść nieznanego celu. Przestrzeń kołysała mnie opiekuńczo. Nieznane. Niezbadane. Nieodkryte. To czekało na mnie gdzieś tam, w dole. Było fascynujące. Dreszcz podniecenia przebiegł mi po ciele, gdy pomyślałam o bezkresnej przestrzeni zbudowanej z atomów tajemnic, czekających na swojego odkrywcę, na mnie. Ale co, jeśli tam jest tylko ciemność? Co, jeśli tam nie ma nic? Jeśli to spadanie, ten monotonny lot nigdy się nie skończy? Jeśli celem jest śmierć w ostrych szponach jakiejś skały? W duszy, w zakamarkach mojego narodzonego przed chwila jestestwa tkwił niepokój i cierniami myśli kaleczył przyjemność lotu.

Zacisnęłam mocniej powieki. Nie wiem, po co, przecież i tak widziałam tylko czerń głębokiej, krystalicznej ciemności. Nie mogłam dostrzec swojej dłoni ani stopy. Nie wiedziałam nawet, czy je mam. Ze zdumieniem odkryłam, że moją świadomość budują lekkie, nieregularne nici emocji i myśli. Nie potrafiłam dotrzeć do ich początku, dowiedzieć się, skąd się wzięły, skąd znam ich nazwy, barwy i odcienie. Rozpoznawałam je instynktownie, jakby były mną. Poszukiwałam wśród nich pamięci, ale nie natrafiłam na jej ślad, jakby nigdy nie istniała, jakbym nie miała przeszłości wykraczającej poza to spadanie.

Nie wiedziałam, jak wyglądam. Kim albo czym jestem? Leciałam w dół, pośród nieprzeniknionej czerni, nie wiedząc nawet, czy mam jakieś ciało, które poddaje się przyciąganiu, czy też mój lot ma aspekt czysto metafizyczny. I dokąd tak naprawdę podążam? Skąd wiem, że opadam? Skąd pewność, że coś mnie ciągnie? Że istnieje jakieś prawo, któremu muszę się poddać w tej wędrówce? Tysiące pytań splatało nici myśli w ciasną sieć.

*  *  *



Widzę biel. Nie jasność, lecz porażającą, czystą biel. Jest wszędzie, tak potężna i bezkresna jak czerń, z której opadłam. Nie potrafię powiedzieć, czy coś w niej istnieje. Jeśli tak, to jest równie białe jak ona, a więc niedostępne moim zmysłom zrodzonym w ciemności.

Nie pamiętam upadku. Nawet nie wiem, czy mogę to tak nazwać. Po prostu w pewnej chwili zatrzymałam się, równie spokojnie i delikatnie jak spadałam. Czy byłam tego świadoma? Nie potrafię określić. Nagle odkryłam, że coś się zmieniło.

No dobrze. I co dalej? Jestem tu.  Świat, na końcu ciemności okazał się idealnie białą pustynią, w której nie dostrzegam nic godnego uwagi. Żadnych tajemnic. Nic, co mogłabym odkryć. Pustka. Nicość. Nuda. A może to właśnie jest śmierć? Całkowity bezruch, w idealnie wyzutej z treści bieli?

Cisza. Kojąca. Całkowita. Kosmiczna. Nawet najmniejszy szelest jej nie łamie. Wytężam słuch, ale żaden dźwięk nie dociera do mojej świadomości. Cudowne. Zanurzona w białym universum ciszy, słyszę tętniące we mnie życie, szelest rozwijających się marzeń, szum myśli, wartkich jak górski potok, niepowstrzymanych w swoim dążeniu do oceanu poznania. Słyszę? Nie, to co uznałam za odgłosy mojego wnętrza, to tylko twór umysłu, odczucie. To nie dźwięk. Wokół mnie jest tylko cisza. Przeraźliwa. Martwa. Zimna. Nagła myśl, jak strumień światła przecięła moją świadomość... A jeśli jestem głucha?

Czuję jak rośnie we mnie strach. Krystalicznie biała mydlana bańka wypełnia całe moje istnienie, nadyma się przerażeniem do granic wytrzymałości. Wiem, że zaraz eksploduje uwalniając z duszy rozszalałą panikę. Nic nie słyszę...Boże...Ja także... Nie widzę siebie! Czuję każdy milimetr ciała, mam pełną świadomość jego istnienia, a jednak... Unoszę dłoń, której nie ma. Czuję bicie serca w nieistniejącej piersi. Rozpoznaję biel oczyma, których koloru nie jestem pewna. Urodziłam się niewidoma?









*  *  *



Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Nie, w moim przypadku była ona biała. Jak wszystko wokół. Nawet ona mnie zawiodła, zmieniając kolor na znienawidzoną, zimną biel. Miałam nadzieje, że, gdy przyjdzie, otuli mnie ciemnością, bezpieczną, głęboką czernią, w której znajdę miękkie zakamarki, by się schronić. Nic z tego. Przyszła idealnie biała, nie dając wytchnienia zmysłom. Szalała we mnie jak burza śnieżna. Lodowata, raniąca oczy ostrymi igiełkami zamarzniętych łez. Próbowałam z nią walczyć, ale zwyciężyła, pokrywając wszystko jeszcze grubszą warstwą bieli...Poddałam się i pozwoliłam jej wyć arktycznym wiatrem pomiędzy szczelinami duszy. Aż pewnego razu ucichła, a ja pogodziłam się z losem.

Stało się to w biały dzień. Podobny do wszystkich innych białych dni i białych nocy w moim nowym domu. I pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nagle uświadomiłam sobie istnienie rysy na idealnie białej powierzchni. Biegła poziomo, w miejscu, gdzie powinnam spodziewać się horyzontu. Najpierw myślałam, że to złudzenie oszalałych od bieli zmysłów, fatamorgana spragnionego zmiany umysłu. Byłam niewidoma, więc to, co „widziałam” musiało być fantasmagorią mojej świadomości. A jednak wygłodniałymi oczyma wpatrywałam się w linię, która, ku mojemu zdziwieniu, stawała się coraz wyraźniejsza. Z małego zadrapania przeobraziła się w pewną swojego istnienia rysę, zdobywającą bezpardonowo coraz większe fragmenty przestrzeni. Stałam, wpatrując się w smugę, z zachwytem konstatując każdy jej szczegół, każde nieregularne załamanie. Bez wątpienia w i d z i a ł a m ją. Namacalną, coraz dłuższą linię horyzontu.

Była biała, ale wyraźnie odcinała się od reszty przestrzeni, jakby światłocień wydobył ją z tła. Patrzyłam z radością na niezwykłe zjawisko i nagle uświadomiłam sobie, że świat, w którym się znalazłam wcale nie jest pusty, a ja nie narodziłam się niewidoma...



*  *  *

Śpieszyłam się. Patrzyłam na świat i chciałam jak najszybciej go poznać, zrozumieć, ocenić. Wyrwałam niedoskonałymi zmysłami jeden element idealnej mozaiki, rzuciłam nań okiem i wydawało mi się, że odkryłam tajemnicę olbrzymiego dzieła, stworzonego ręką genialnego artysty. Kawałek był biały, więc przyjęłam, że taki jest cały obraz, a tymczasem mozaika mieniła się wszystkimi barwami. Wystarczyło tylko spojrzeć przez ten drobniutki, biały fragment, jak przez pryzmat, by uświadomić sobie istnienie kolorów i rozpocząć poszukiwania prawdy. Byłam ślepa. Pierwsze wrażenia są czasem bardzo mylące...



*  *  *



Powinnam była się domyślić. Odczuwałam świat i swoje w nim istnienie, a jednak nie zauważyła podstawowej prawdy, oczywistości, która stała obok mnie i szyderczo śmiała mi się w twarz. Rechotała złośliwie patrząc z upodobaniem na szalejącą we mnie rozpacz i rezygnację. Miała przewagę – istniała niezależnie od mojej świadomości, ewidentna, bezdyskusyjna i niezaprzeczalna. Z cynicznym uśmieszkiem obserwowała moje myśli wędrujące po manowcach, spostrzeżenia zablokowane w ślepych uliczkach przypuszczeń. Była tak blisko, a ja jej nie zauważyłam.

Kiedy rysa horyzontu stała się niepodważalnym faktem, zrozumiałam, że nie istnieje biel ani czerń. Nie ma jednego strachu, jednej miłości, jednego bólu, jednej radości. Wszystko wokół nagle nabrało znaczeń. Rozejrzałam się po otaczającej mnie przestrzeni, która jeszcze przed chwilą wydawała mi się pustynią, bezkresną białą próżnia, i zobaczyłam, wyłaniające się z tła kształty. Świat zaroił się bogactwem form, jakby pod wpływem boskiego „stań się”. Z jednolitej, jasnej masy wytrysnęły kształty, zapełniając przestrzeń feerią bieli.

Odcienie. Nie zwróciłam na nie uwagi, wierząc pierwszemu wrażeniu swoich zmysłów. Nazwałam wszystko bielą, dając się złapać w pułapkę. A tymczasem wokół mnie istniały miliardy barw, dzięki którym mogłam widzieć niezmierzone piękno świata. Zobaczyłam kolor białawy i śnieżnobiały, srebrzysty i jaśniejący, roziskrzony i świetlny, i tysiące innych, którym ludzki język nie nadał nigdy osobnych imion, zadowalając się jednym, banalnym określeniem – biały.

Widziałam rysujące się na horyzoncie grzbiety gór, które wyraźnie odcinały się od śnieżnej bieli nieba złowrogim cieniem swoich tajemnic. Wokół groźnych, samotnych szczytów unosiły się miękkobiałe mgły, warkocze czarownic, z wolna rozpełzające się w szczelinach turni.

Widziałam nieopodal jasny bór, niepodobny do wszystkich innych lasów, zachwycający kruchością formy, olśniewający kolorami żyjących w nim roślin. Wszystkie odcienie bieli były w nim krystaliczne, idealnie przejrzyste. Drzewa zdawały się kute w szkle, wydobyte z materii za pomocą idealnych diamentowych szlifów. Każdy liść, trawka, gałązka przypominały misterne jubilerskie dzieło sztuki, perfekcyjne w każdym detalu niedostrzegalnej z pozoru faktury kory, żyłki, porostu.

Z początku myślałam, że rośliny w tym lesie są twarde jak kryształ, jak wykute z lodu rzeźby, śliskie i zimne. I znów zmysły mnie zawiodły. Dotknęłam trawy. Wydawała się z pozoru ostra i nieprzyjazna, jak najeżone sople lub ostre, srebrzyste szpilki, ale dotyk odkrył jej niewysłowioną miękkość. Układała się pod dłonią posłusznie, podobna błyszczącej fali siwych włosów. Liście nade mną okazały się miękkie. Można było je zwijać i naginać bez szkody dla ich przepięknego kształtu i kunsztownej ornamentyki.

Stałam zafascynowana bajkową scenerią, chłonąca każdy detal objawionego mi niespodziewanie świata. Nagle zobaczyłam świetlistą, czystą biel sączącą się z góry. Takiej wyjątkowej barwy nie było nigdzie wokół. Spłynęła ona na las, rozświetlając go miliardem iskier i tęczowych blasków. Migotała maleńkimi ognikami w komórkach liści, w żyłkach traw, tworzyła bajkowe arabeski światłocienia na miękkich mchach i drobinkach białego jak mąka piasku. Czułam jak rośnie we mnie zachwyt. Szybko, dynamicznie, zaborczo niczym pnącze dzikiego powoju, które chce jak najszybciej    dotrzeć do słońca.

Nagle przerażenie zmroziło moją duszę, przebiegło po mnie lodowatym dreszczem. W tym momencie uświadomiłam sobie, że od chwili, w której odkryłam istnienie odcieni bieli, ani razu nie spojrzałam na swoje ciało. Zafascynowana prawdą, nauczona odróżniania niuansów koloru zapomniałam o sobie dogłębnie pochłonięta wyszukiwaniem w tle nowych elementów pejzażu. Świetlista biel sączyła się z nieba, wydobywała z kształtów sine cienie i leniwie rozcierała je po ziemi. Patrząc w dół można było dostrzec znaki przedmiotów, nietrwałe ślady ich istnienia – cienie. Widziałam je, drzewa, chmury, wierzchołki gór, odbite niczym szara pieczęć na białej karcie ziemi. Widziałam wszystkie. Z wyjątkiem jednego. Nigdzie nie było mojego cienia...



*  *  *

Szukałam go długo, bardzo długo, ale nigdzie nie znalazłam najmniejszego dowodu na jego istnienie. Sprawdzałam każdy najmniejszy ślad, węszyłam jak pies. Badałam istniejące w białym świecie przedmioty – każdy miał swój cień. Wkrótce nauczyłam się zauważać ich niuanse. Nie było już dwóch identycznych cieni. Jedne nazwałabym lekkimi i przejrzystymi, inne znów zwartymi i zdecydowanie ciężkimi. Odnajdywałam smugi postrzępione i o gładkich krawędziach, rozmyte i wyjątkowo ostre. Wszystko wokół rzucało cień. Nawet mgła wędrująca wśród gór kładła na zbocza muślinowe, przetykane bielą smugi. Mojego cienia jednak nie było. Podobnie jak nie było ręki, nogi, powieki czy głowy. Wiedziałam, że istniały, że stanowiły część mojego bytu, ale nie widziałam ich nigdy.

Właściwie mi to nie przeszkadzało. Nie były mi przecież do niczego potrzebne. Mogłam myśleć, czuć, poruszać się. Miałam czynne zmysły, którymi odkrywałam tajniki dziwnego, białego świata. Z początku trudno mi było zaakceptować brak czegoś, co dla wielu, dla mnie samej stanowiło dowód istnienia. Lecz później, gdy przekonałam się, że ciało i cień nie są mi właściwie potrzebne, uspokoiłam się i przestałam uganiać się za tą ideą. Zaczęłam nawet dostrzegać plusy takiego stanu rzeczy.

Zaobserwowałam, że im więcej rozumiem, im dalej sięgam myślą, tym bardziej czuję, że jestem, jakby to, że istnieję zależało od tego, że świadomie analizuję świat. Szukałam więc wciąż nowych wyzwań, aby nagromadzić w sobie jak najwięcej tej życiodajnej siły. Rozwiązywałam problemy, poznawałam nowe obszary mojego białego domu, badałam zjawiska, ale wciąż nie mogłam znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie coraz częściej pytania – kim jestem i dlaczego nigdzie wokół nie ma innych podobnych do mnie istot bez cienia? Czułam rosnącą we mnie samotność, która wżerała się niczym nowotwór między myśli i nie dawała wytchnienia duszy.

Czasem zdarzało mi się widywać przelatujące wśród mlecznych obłoków białe klucze gęsi albo żurawi, ale wiedziałam, że te stworzenia różnią się ode mnie. Lubiłam przyglądać się ich falującym cieniom na bladej ziemi albo patrzeć, jak świetlista biel odbija się od błyszczących skrzydeł. Czasem znajdowałam srebrne pióra, którymi zapisywałam na piasku warte utrwalenia myśli. Bardzo mnie to bawiło, bo słowa raz wyryte w podłożu ostrzem piór, pozostawały tam na zawsze i mogłam je w każdej chwili odczytać, aby dodać sobie życiowej siły.

Gdy dopadała mnie samotność, lubiłam iść przed siebie, w stronę rysy horyzonu, aby tam poszukiwać nowych wrażeń. Podczas jednej z ekspedycji badawczych, jeszcze w czasach, kiedy szukałam cienia, odkryłam jedną z najpiękniejszych białych plam mojego świata. Wędrowałam właśnie wśród wysokich, szklanych traw, gdy poczułam nieznany dotyk. Był lżejszy niż wszystkie inne dotyki, jakie znałam i pozostawiał po sobie wspomnienie miłego chłodu. Pod jego wpływem białe trawy rozkołysały się i usłyszałam, jak rozmawiają między sobą kryształowym głosem. Dźwięk był przepiękny. Zawisł w przestrzeni tysiącem drobniutkich nut, rozlał się świetlistą rosą muzyki na całą łąkę. Stałam i słuchałam, oczarowana harmonią delikatnych dźwięków. I poczułam znów mocniej swoje istnienie, bo odkryłam nową rzecz. Cisza nie była wcale ciszą, lecz zbiorem najdelikatniejszych głosów, których początkowo nie potrafiłam usłyszeć. Teraz dostrzegłam ich odcienie, różnorakie barwy i świat, dotychczas niemy, przemówił do mnie językiem najcudowniejszej muzyki.



*  *  *

Szukając cienia, a później siebie przemierzyłam wiele dróg, ale nigdy nie znalazłam ich skrzyżowania, początku ani końca. Ścieżki tkwiły w ziemi zawsze samotne, równe i proste jak ślady rylca. Próbowałam odczytać z linii papilarnych szlaków historię tej niezwykłej ziemi, ale chowały one głęboko swoje tajemnice, wydając się moim oczom identyczne. Drogi bliźniacze, drogi sobowtóry, stanowiły dla mnie zagadkę. Nigdy nie byłam do końca pewna, czy szłam już tą ścieżką, czy może jest to zupełnie nowy dukt. Gubiłam się w logice tych niezwykłych dróg, które zdawały się żyć niezależnie ode mnie, niezależnie od świata, w którym istniały. Jedne pojawiały się niespodziewanie, w miejscach, gdzie wcześniej ich nie widziałam. Po prostu wypływały z białej ziemi i leniwie pełzły do sobie tylko znanego celu. Drugie zachowywały się jak kameleony. Znikały, dopasowując swe odcienie do barwy piasku. Rozpływały się niczym miraże. Fascynowały mnie, gdyż nie mogłam znaleźć żadnej reguły w ich postępowaniu.

Moją obsesją stało się śledzenie dróg. Marzyłam, aby dowiedzieć się, gdzie mają swój cel, dokąd prowadzą. Im bardziej pragnęłam zgłębić ich tajemnicę, tym one zazdrośniej jej strzegły, im dalej wędrowałam ich korytami, tym częściej one znikały i przeobrażały się w nowe ścieżki. Miałam wrażenie, że bawią się ze mną w kotka i myszkę, chcąc coś przede mną ukryć.

Postanowiłam odkryć ich tajemnicę. Jakieś przeczucie mi mówiło, że znalezienie końca którejś drogi jest moim celem. Coś w środku pchało mnie ku magicznym ścieżkom, kazało zastanawiać się nad ich logiką i szukać rozwiązania tej zagadki. Początkowo próbowałam iść wybraną drogą tak daleko, jak tylko się dało. Plan był prosty – gdy ścieżka zniknie, poszukać następnej i ruszyć dalej z miejsca, w którym byłam. Poszłam więc pierwszym lepszym duktem, a gdy zaczął znikać, ja zaczęłam rozglądać się za nowym szlakiem. Ale ku mojemu zdziwieniu, jak okiem sięgnąć nie było nic, prócz białej ziemi, ani śladu drogi, jakby wszystkie na raz zabawiły się ze mną w chowanego. Przycupnęłam i zaczęłam rozgarniać miękki piasek, w nadziei, że znajdę jakiś ślad kolejnej ścieżki. Nic z tego. Byłam wściekła. Miałam ochotę krzyczeć ze złości, rozdrapać pazurami ziemię, wywlec z niej jakąś bogu ducha winną drogę i zmusić ją, by zaprowadziła mnie do celu. Rozsypywałam piach na wszystkie strony, ryjąc w ziemi jak myśliwski pies, ale nie znalazłam nic poza jednolicie biała masą. W końcu zmęczona i zrezygnowana usiadłam na ziemi. Nie przewidziałam takiego scenariusza. Mój plan okazał się całkowitą porażką.

Siedziałam całkowicie zagubiona. Nie potrafiłam rozwikłać tajemnicy dróg, chociaż włożyłam w tę zagadkę całe moje istnienie, wszystkie myśli, doświadczenia, odkrycia, emocje. Czułam się wściekła i bezsilna. Smutek spływał srebrnymi smużkami i tworzył na dnie mojej duszy olbrzymią srebrną kroplę. Z każdą chwilą stawała się ona coraz większa i większa, aż wreszcie oderwała się zwinnie i potoczyła wprost w rozkopaną ziemię. Chciałam ją schwycić, ale wcisnęła się między grudki białej ziemi i znikła mi z oczu.

Nie wiedziałam, co robić. Byłam zmęczona i zrezygnowana. Nie chciało mi się już uganiać za drogami, ani poznawać nowych fragmentów białego świata. Nie chciałam już wiedzieć, kim jestem. Marzyłam tylko o tym, by przestać myśleć, odczuwać, by rozpłynąć się w przestrzeni i całkowicie zagubić świadomość swojego istnienia. Zasnąć.



*  *  *



Wynurzył się z ziemi niespodziewanie, niedaleko miejsca, w którym tak rozpaczliwie szukałam drogi. Niepozorny, mały, delikatny. Z początku myślałam, że to jakiś nowy gatunek rośliny, bo przypominał kiełki drzew, które już znałam. Rósł jednak szybko, dużo szybciej niż kwiaty, krzewy czy nawet trawa. Piął się ku jaśniejącej bieli i przypominał mi dziwny kokon jakiegoś olbrzymiego owada. Zainteresował mnie.

Kokon był wyjątkowo piękny. Wierzchnią warstwę stanowiła świetlista, filigranowa koronka delikatnych żyłek, przypominająca wzorami obrazy, które zimą mróz maluje na szybach. Subtelne, jaśniejące ornamenty, pełne wyrafinowanej elegancji. Przez tę ażurową osłonkę można było dojrzeć wnętrze kokonu. Znajdowało się tam coś miękkiego, połyskującego zupełnie nowym kolorem. Było bielsze niż wszystkie inne odcienie bieli i mieniło się tęczowymi refleksami jak powierzchnia opala.

Ciekawość rosła we mnie równie szybko jak ten pęd dziwnej rośliny. Nie wiem dlaczego, ale nie miałam żadnej wątpliwości, że to coś jest rośliną. Patrzyłam na nią codziennie, zaglądałam przez koronkową otulinę do środka, ale bałam się dotknąć kokonu. Wydawał się tak delikatny, że każdy najlżejszy dotyk mógł go zniszczyć, a ja nie chciałam stracić kolejnego cudu w białym świecie. Chciałam go zatrzymać jak najdłużej, przyglądać się mu, cieszyć się unikalnym pięknem nieznanego ziela. Cierpliwie więc czekałam, aż kokon pęknie i uwolni z siebie magiczny kwiat. Roślina rosła jednak i ani myślała o tym, by rozgiąć filigranowe kraty i pokazać swoje wnętrze...

Początkowe podniecenie i zainteresowanie opuściły mnie. Roślina przestała rosnąć, wtopiła się w pejzaż i nie wydawała mi się już tak czarująco piękna. Były chwile, że jej nie dostrzegałam, jakby ginęła w tle. Przechodziłam obok niej wiele razy, nieświadoma faktu, że tam jest, zajęta pielęgnacją swoich myśli.

Kokon był jednak złośliwy. Gdy już prawie zapomniałam o jego istnieniu, on postanowił o sobie przypomnieć. Wiedział, że jestem ciekawa, doskonale to wiedział. Zaczął więc mienić się srebrzyście, chwytać refleksy bieli i odbijać je miedzy ażurowymi wzorami niczym wielki, perfekcyjnie oszlifowany brylant. Starałam się go ignorować, ale światłość i unikalne piękno przyciągało mnie jak magnes, rozbudzało pragnienia, nakręcało do bólu sprężynę ciekawości.

Z coraz większą nienawiścią patrzyłam na kokon. Rósł tam, idealnie doskonały, wyjątkowy, pełen nieopisanych zagadek i ...nie otwierał się. Igrał ze mną. Czułam jak rośnie we mnie wściekłość... Nie chcesz mi pokazać, co masz w sobie? Dobrze! Zniszczę cię. Nie obronisz się swoją wyniosłością. Dotknę cię i popsuję wspaniałe koronki twojej otuliny! I zwiędniesz. Nie będę cię żałowała...

Ogarnięta złością podniosłam kamień i cisnęłam nim w kokon i ... Nic się nie stało. Kamień odbił się z metalicznym dźwiękiem od rośliny i upadł w piach. Zagotowało się we mnie. Gorzka mieszanina wściekłości, żalu, niezaspokojonej ciekawości osiągnęła temperaturę wrzenia. Chwyciłam złamaną gałąź, która leżała nieopodal i zaczęłam bez opamiętania uderzać w kokon. Z furią tłukłam go ze wszystkich stron, z całych sił, do utraty tchu. I nic. W przestrzeni unosiły się tylko nienazwanej urody dźwięki, jakbym grała na jakimś czarodziejskim instrumencie. Spojrzałam na gałąź. Nie było na niej żadnego zadrapania, najmniejszego śladu,  zupełnie jakbym uderzała w puch. Zebrałam w sobie całą złość i ponownie zaczęłam walić w srebrzystą osłonę, do czasu aż całkowicie wykończona opadłam na srebrzystą otulinę dziwnej rośliny. Gałąź upadła na ziemię, a ja ostatkiem sił uderzyłam dłonią w ażurową otulinę kwiatu, szepcząc bezsilne „wpuść mnie”...





*  *  *



Dotyk. To zadziwiające, jak wiele można się dzięki niemu dowiedzieć... Wśród innych zmysłów jest najdoskonalszy i jednocześnie najtrudniejszy do zdefiniowania, zrozumienia, poznania. Na co dzień niezauważalny, niedoceniony, żyjący w cieniu wzroku, słuchu i węchu, przypomina zaginiony, pierwotny język, którym najłatwiej przekazać światu najdelikatniejsze odcienie uczuć.

Nie rozumiałam go. Myślałam, że mogę wszystko zrozumieć wchłaniając w siebie doświadczenia, jak gąbka. Sądziłam, że zrozumiem siebie, gdy odkryję wszystkie tajemnice świata, poznam je i zbadam. Nauczyłam się widzieć, słyszeć, mogłam się poruszać i doświadczać, ale nigdy nie starałam się dotknąć po to, aby całe zebrane we mnie bogactwo, mogło przeniknąć do innego ciała. Wydawało mi się, że jako istota bez cienia nie mogę niczego dotknąć, a jednak moje myśli bez przerwy przenikały materię i odczuwały jej miękkość, fakturę, ciepło... Nie rozumiałam jednak wyjątkowości tego zmysłu. Był mi narzędziem, którego istnienia nawet sobie nie uświadamiałam, zajęta odcieniami bieli i niuansami dźwięków. Posługiwałam się nim, jak alfabetem, budując słowa i proste zdania, ale nie potrafiłam zrozumieć metafory tego najprostszego języka. A dotyk był ze mną od początku, cierpliwie czekając, aż dojrzeję do tego, by go zrozumieć.

W chwili, gdy moja ręka opadła na otulinę dziwnej rośliny, nie było we mnie już siły ani wściekłości. W tym jednym dotknięciu zamknęło się całe moje istnienie, wszystko, co miałam w sobie najlepszego i najgorszego – całe bogactwo doświadczeń, wiedza, zachwyt, rozpacz, furia i bezsilność zmaterializowały się w mojej dłoni. W tej jednej chwili nie pragnęłam poznania, ale tego, by ktoś mnie zrozumiał.



*  *  *

Oczarowany zaklęciem dotyku kokon otworzył się bardzo powoli, wręcz majestatycznie, wylewając na ziemię swoją niezwykłą zawartość. Przez moment pognieciona, błyszcząca masa leżała przede mną nieruchomo, przypominając wymięte skrzydła ogromnego motyla. Była cudowna, dużo piękniejsza niż wszystko, co mnie otaczało. Bił od niej blask nieokreślonej wyjątkowości, jakby tylko ona jedna, tak unikalna istniała na świecie. Na jej powierzchni zauważyłam wzory, nieopisanej delikatności i urody. Miałam wrażenie, że wnętrze rośliny utkane jest z najsubtelniejszych uczuć. Na materii można było dostrzec rysy łez, plamy radości, ornamenty zachwytu i oszronione pociągnięcia złości, a wszystko to tworzyło idealną równowagę wzoru.

Ażurowy kokon rozpadł się na tysiące kryształków, które zagubiły się w piasku, tuz obok miejsca, z którego wyrastała roślina, a niezwykła substancja zaczęła się powolutku poruszać, prostować i przeciągać, jakby dopiero co obudziła się z długiego snu. Chwilę jakby się zastanawiała, a potem ruszyła szybko w stronę horyzontu, niczym gigantyczny bluszcz. Wyprostowała swoje piękne ciało, napięła mięśnie i rozkwitła przede mną całym bogactwem swojej ornamentyki. Stałam jak wryta i patrzyłam na niezwykły spektakl rozgrywający się na moich oczach, a przede mną, tuż u moich stóp ścieliła się miękko droga.



*  *  *

Weszłam na nią bez chwili zastanowienia, bez śladu wahania. Wiedziałam, że jest inna. Nigdy przedtem nie widziałam tak pięknej ścieżki, ani nie byłam świadkiem narodzin drogi. One po prostu pojawiały się znikąd i znikały, szybko, bez uprzedzenia i dostrzegalnej logiki. Nie miały początku, skrzyżowań, ani końca.  Były nieprzewidywalne, dzikie, złośliwe. Ta rodziła się wolno, spokojnie, majestatycznie. Wyrastała z ziemi podobna zadziwiającej roślinie i wiedziałam, gdzie ma swoje korzenie. Bałam się, że i ona mi zniknie, ale droga szła ze mną spokojnie i nie próbowała uciekać. Towarzyszyła mi cały czas, nawet na moment nie blednąc ani nie zapadając się w piach. Zachowywała się jak wierny pies. Czułam, że coś mi chce pokazać, gdzieś doprowadzić.

Wiedziałam, że jestem blisko czegoś ważnego, jakiejś odpowiedzi, która pozwoli mi wreszcie odpocząć, zasnąć.  Szłam z drogą, nie umiem określić ile czasu. Myślę, że wystarczająco długo, aby poukładać w myślach swoje doświadczenia, zdobytą wiedzę i emocje. Zrozumiałam, że drogi były naprawdę mądre. Nie pozwalały sobą ot tak chodzić. Pokazywały mi możliwości, rozmaite kierunki, abym umiała wybierać, żebym spróbowała, jak to jest iść drogą. Pokazywały się i znikały z moich oczu, bo żadna z nich nie była moja. Natrafiałam na nie losowo, więc mogły doprowadzić tylko do przypadkowego celu, który nie był przeznaczony dla mnie. Zapewne miały też różną długość. Gdybym trafiła na zbyt krótką, nie umiałabym docenić trudu, jakim jest wędrówka, a być może i celu, który czekał na końcu ścieżki. Gdybym zaś weszła na zbyt długa drogę, pewnie nigdy nie dotarłabym do jej kresu. Stanęłabym gdzieś, pełna rezygnacji i zniechęcenia, żalu, że mój wysiłek poszedł na marne. Tak, drogi były bardzo mądre.



*  *  *

            Zobaczyłam koniec drogi. Nie, tego nigdy bym nie przewidziała, nie wyobraziła sobie w najdziwniejszym śnie. Przede mną, na końcu ścieżki było to, do czego od dawna dążyłam, moje przeznaczenie, moja odpowiedź, moje marzenie. Spodziewałam się czegoś wyjątkowego, spektakularnego. Oczekiwałam odpowiedzi. Teraz, stojąc na końcu ścieżki, uświadomiłam sobie jak bardzo byłam głupia, wyobrażając sobie, co znajdę u celu. Wszystkie wyobrażenia mnie zawiodły. Dałam się zwieść naiwnym sądom, stereotypowemu myśleniu na temat tego, co powinno mnie tam spotkać.

Stałam na brzegu wielkiego jeziora. Lśniło śnieżnobiałym blaskiem swojej atłasowej tafli, szumiało delikatnie, a jego brzegi porastały srebrzyste trzciny. Wydało mi się całkowicie zwyczajne, do czasu, aż dotknęłam błyszczącej materii. W moich dłoniach znajdowało się coś niezwykłego – jasna, gładka i  miękka substancja, bardzo podobna do wody. Z małą różnicą... Jezioro było całkowicie suche. Nabrałam w dłonie śnieżnej materii. Przelewała się jak ciecz, opływała ręce, skupiała się w krople i skapywała na ziemię, ale nie zostawiała na rękach ani odrobiny wilgoci.

Moja droga nie kończyła się w wodzie, ale biegła dalej, tonąc w świetlistych mgłach, na środku jeziora. Ruszyłam więc nią, jak kładką przerzuconą nad nurtem rzeki. Wody jeziora obmywały mi stopy, szeleściły najpiękniejszą muzyką srebrnych trzcin i wywijających się białych fal. Czułam zapach, chłodną, wyjątkową woń jeziora. Pachniało ono tajemnicą, a jednocześnie budziło poczucie bezpieczeństwa. Miałam wrażenie, jakbym wracała do domu, z dalekiej niebezpiecznej podróży. Wchodziłam we mgłę, w sferę całkowitego spokoju, czując podświadomie, że już nic złego nie może się wydarzyć...

W końcu dotarłam do kresu swojej wędrówki. Droga się skończyła, a ja stałam na brzegu przepaści otoczona unoszącymi się wkoło dymami mgły. Pod nogami miałam przestrzeń bez dna, otoczoną skalnymi ścianami, po których płynęły w górę wodospady śnieżnobiałej wody. Miałam wrażenie, że stoję na krawędzi ogromnego krateru jakiegoś wulkanu. Różnica była jednak zasadnicza. Woda nie wybuchała jak lawa, ale spokojnie płynęła trzymając się kurczowo ścian. Nie czułam też strachu. Raczej przepełniający mnie całkowicie spokój, orzeźwiający chłód i cichy szept tego magicznego wodospadu – źródła.

Wiedziałam, po co tu jestem. Obejrzałam się, za siebie, by jeszcze raz spojrzeć na biały świat, ale nie zobaczyłam nic oprócz mgły, bezpiecznej, kochanej siostry, stojącej obok z rozwianymi, świetlistymi włosami. Chwyciłam ją za rękę i zrobiłam krok naprzód.



*  *  *

            Wszystko wokół mnie zawirowało i rozmyło się. Miałam wrażenie, że na pomalowane farbą plakatową szyby pada deszcz i powoli, bardzo nieregularnie zmywa wszystkie odcienie bieli, rozmazując poznane kształty. Cały świat skroplił się we mnie, spłynął razem z tym przedziwnym deszczem w moje istnienie, stał się mną, a ja stałam się nim. Idealnie ażurowym płatkiem śniegu...



*  *  *

            Stoję na początku swojej drogi. Przede mną rozciąga się ocean możliwości, światów, istnień. Mogę być wszystkim, przybrać każdy kształt, dać życie każdej formie. Jestem początkiem, którego koniec ginie w mrokach nieopisanej jasności... Kiedyś tam dojdę...

czwartek, 3 lipca 2014

Potop

Spadł deszcz. Fozy ukryte pod czapami parasoli przemykają ulicami, chowają się w bramach, kulą otulone szczelnie kurtkami. Wilgoć przenika ciało na wylot, przykleja się do skóry chłodnym uściskiem. Krople siadają na rzęsach i włosach, wplatają się w nie tworząc iskrzące w świetle lamp biżuteryjne szlify. Odruchowo chowam się. Strużka wody spływa z czaszy parasola jakiegoś Foza stojącego przede mną wprost na plecy NiePrzeciętnej. Wystawiam dłoń, by przechwycić niesforny strumyk. Woda spływa po palcach, tworząc w zagłębieniu dłoni malownicze jezioro, zbyt płytkie, zbyt ograniczone, by pomieścić nadchodzącą rzekę. Pękają brzegi i fala wylewa się na nadgarstek, by popłynąć wodospadem przez całe przedramię. Podnoszę wzrok znad mojego prywatnego potopu i spotykam spojrzenie pełne czegoś, co trudno określić. Mieszanina rozbawienia, czułości i spokoju, głębokiego jak ocean przelewa się w Kryształ. Jest w tym spojrzeniu spotkanie, które trwa wieczność chwili. Uciekam z tego niemego porozumienia w gwar tłumu i muzykę deszczu.

piątek, 20 czerwca 2014

Zrozumienie

Leżę w miękkiej chmurze mchów. Nade mną bezkresna przestrzeń nieba, pełna perspektywicznych załamań obłoków, zamknięta umownymi ramami zielonych, brzozowych gałęzi. Po zielonej skórze liści ześlizguje się słońce i zapada głęboko w bezkresy źrenic. Zamykam oczy.

Czas gubi się w swoich pętlach. Zawieszona w połowie drogi między dwoma doskonałościami - WielkimCynikiem i WiecznymEgzystencjalistą, staję się faustowską chwilą, nieprecyzyjną wiecznością bez początku i końca. Spokojnym nurtem przepływa przeze mnie Rzeczywistość, ogniskuje się w Krysztale, napełniając go Zachwytem i odwieczną Tęsknotą za nieosiągalnym, doskonałym poznaniem.  Oddałabym wszystko za jedno spojrzenie na DolinęMgieł z ich perspektywy, za bycie przez moment jednością WielkiegoCynika i WiecznegoEgzystencjalisty, za zrozumienie perfekcyjnej Całości z jednoczesnym zanurzeniem się w szczególe. Tak bardzo boli świadomość NieMożliwości.

Czas kondensuje się w kamieniu zamkniętym w dłoni, pulsuje obrazami dawnych wspomnień i obecnych doznań, jednoczesnym zespoleniem niezwykłego Zatrzymania. Na ustach mam jeszcze smak poziomek... Słodycz tamtego lata utkanego z przelotnych wzruszeń splata się z obrazem NieZaistniałego, tworząc idealną całość przesyconą tym samym uczuciem, zintensyfikowanym każdym zmysłem. Chciałabym uciec od niej i jednocześnie zanurzyć się w niej lekko i bezpretensjonalnie. Odgłosy, zapachy, smaki, dotyki - te same tam i tu, nieprzemijające mosty między Przeszłością a Teraźniejszością.

*   *   *

Nie jest łatwo istnieć z Kryształem uwięzionym w ciele, odczuwać Rzeczywistość na wielu poziomach, dogłębnie i mocno. Każdego dnia błądzić między Zachwytem a Bólem, z poczuciem wiecznej Tęsknoty i NieDopasowania. Największą ironią jest intuicyjne czytanie innych, wewnętrzne pragnienie bycia częścią drugiej istoty, poszukiwanie Iskier łączących byty przy jednoczesnym poczuciu wyobcowania i samotności. Przecież nie da się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób, że chwila odpoczynku w lesie na mchu staje się przeżyciem z pogranicza mistycyzmu, że Rzeczywistość jest tak bardzo złożona. Czy ktokolwiek jest to w stanie pojąć?

wtorek, 17 czerwca 2014

NibyWładza

Podobno bycie Tyrem to Dar. Podobno nie każda istota jest w oczach WielkiegoCynika godna brać na swoje barki odpowiedzialność za przeprowadzanie innych przez labirynty DolinyMgieł, za wyznaczanie kursów, obdarowywanie mapami wyborów, przesiewanie decyzji. Podobno trzeba mieć coś wyjątkowego w sobie, by móc odnajdywać w Istnieniach okruchy Kryształu, rozświetlać je Blaskiem i z tym kompasem wysyłać na poszukiwanie swoich Sensów. Podobno...
Im dłużej patrzę na PolitykęSchematu, im wnikliwiej obserwuję działania Tyrów wokół mnie, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że  mówią jakimś innym językiem, w którym pojęcia całkowicie pozbawione są sensu, a Słowa przeglądają się groteskowo w swoich znaczeniach. Idee są karykaturalnie powykręcane, zdeformowane i wystawione na arenę rzeczywistości niczym średniowieczne monstra. Tyry prześcigają się w pomysłach na absurdalne wypaczanie kolejnych zdawałoby się oczywistych spraw, jakby brały udział w jakiś niezdefiniowanych zawodach, jakby walczyły o bezcenną nagrodę. Wciskają w Schematy, nie patrząc na to, czy materia pasuje do ramy, bezlitośnie odcinają wszystko, co wystaje poza Ograniczenia, nie patrząc na to, że w błoto lecą Marzenia, Zdolności, Emocje. Ze stoickim spokojem obserwują, jak wykrwawiają się stosy powyrywanych Skrzydeł. A wystarczyłoby tylko otworzyć oczy, wsłuchać się w sensy Słów i Gestów, przesunąć dłonią po fakturze, a substancja sama ułożyłaby się w odpowiednią ramę. Może nie bezboleśnie, bo istnienie w DolinieMgieł wymaga wytrawienia ogniem, zahartowania, by można było przetrwać zawirowania Rzeczywistości, ale jednak bez niszczenia tego, co wyjątkowe, niepowtarzalne i nieschematyczne.
Widziałam PseudoTyry upojone do granic rozsądku poczuciem NibyWładzy, którą daje im PolitykaSchematu, wypadające poza ring czystej Przyzwoitości, na ślepo, w amoku irracjonalnej zawiści kopiące tych, którym nie udało się wcisnąć umysłu w homonto Schematu. Nie będziesz inny, niż ci dyktuję...Nie będziesz miał własnego zdania...Będziesz marionetką, chociaż przez ten ułamek sekundy, kiedy ci pokażę, że to ja tu rządzę... Odegram się... Zobacz, jesteś nikim. NibyWładza falą dzikiej satysfakcji rozlewa się po ich krwiobiegu, by dać im poczucie, że cokolwiek znaczą. Nieważne jest, kim jest ten, który leży na deskach. Nie ma znaczenia, ile nosi w sobie nienarodzonych doskonałości. Liczy się tylko porażka PseudoTyra, to że nie był w stanie zapanować nad materią i stworzyć z niej groteskowej figurki do swojej kolekcji marionetek.
Kiedy trafiam na PseudoTyra, mam ochotę opuścić na zawsze PolitykęSchematu, Sytem, który pozwala na sadystyczne gry w imię przerośniętego ego. W gąszczu Schematyzacji, ograniczeń PolitykiSchematu i własnych niedoskonałości, można błądzić, można coś przeoczyć, można być bezsilnym, nie wyważyć Słowa. Zdarza się zatracić obiektywizm lub nadinterpretować sprawiedliwość. Bywa się TyremKonsekwentnymDoBólu i TyremLitościwym, TyremZasadniczym i TyremAutorytetem, TyremSchematyzującym i TyremKreatyzującym. Nic nie usprawiedliwia jednak bycia PseudoTyrem, który potrzebuje NibyWładzy, by zaznaczyć swój byt.
*  *  *
Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Być uważnym
Pełnym pasji
[...]
I tego trzymać się trzeba
Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Żeby człowiek
W życiu onym
Sprawiedliwym
Był i godnym
Żeby człowiek
Był człowiekiem
(Prefacja, Edward Stachura)
http://www.youtube.com/watch?v=cZkTgASfw-0

poniedziałek, 16 czerwca 2014

PotwornyDar

Rzeczywistość przepływa między palcami, lekko i cicho. Obrazy pojawiają się i znikają z wielkich ekranów wokół mnie, dalekie i nierealne jak filmowa projekcja z innego czasu, z innej przestrzeni, fikcyjne. Uwaga rozmazuje się na nich i przepływa dalej, ku innym wyzutym ze znaczeń dźwiękom, kolorom, twarzom, zapachom. Nakręcona kluczykiem powinności zabaweczka wykonuje rutynowe fikołki przez codzienność: zamyka drzwi, uzupełnia papierki, odpowiada na pytania, zadaje pytania, a na koniec klaszcze w łapki i uśmiecha się od ucha do ucha. Wszystko dobrze? Oczywiście.

Tymczasem Mgła coraz ciaśniej otula Kryształ. Wdziera się w niego, dusząc ostatnie Iskry, budując szklany, zimny klosz wokół - idealnie gładką klatkę. Słowa docierają jeszcze z zewnątrz, ale już słychać w nich monotonną równość echa. Wszystko zostaje po tamtej stronie - wszystko prócz ciszy, wypełniającej szczelnie mglisty kokon. Tak bardzo bym chciała pójść w stronę tych wszystkich istnień, które obudziły Kryształ do życia - NiePrzeciętnej, NieZwykłego, BezImiennego, NieZaistniałego, BezPowrotnego..., ale nie widzę drogi. Tylko Mgła. Tylko Cisza. Tylko Strach.

* * *

WielkiCynik dał mi wielki dar - Kryształ, dzięki któremu patrzę na DolinęMgieł przez wielowymiarowy pryzmat. Czytam rzeczywistość na poziomie nieosiągalnym dla Fozów - poprzez gest, metaforę, spojrzenie. Każdy zmysł, wyostrzony do granic możliwości pozwala mi "widzieć" więcej, czuć mocniej i głębiej. Spolaryzowana w Krysztale Intuicja prowadzi mnie, gdy już wszystkie inne zmysły dawno się poddały, daje pewność dużo większa niż Myśl, sprawdza się lepiej niż Rozsądek. Każda rzecz w DolinieMgieł ma dla mnie kilka wymiarów, jest przesycona znaczeniami, jest wyjątkowa. Codziennie w drodze do MiejscaSchematyzacji przechodzę przez porosły koniczyną kawałek pola -  zapętlona w pośpiech, dociążona myślami do ziemi, uwikłana w schematy świata Fozów, a mimo to - dostrzegam, że codziennie kwiaty pachną inaczej - inaczej po gorącym dniu, inaczej po chłodnej deszczowej nocy, inaczej w południe. Nie widzę obcych w Rzece dnia, tylko przepływające obok historie. Patrzę na Fara, którego wszystkie Tyry dawno wpisały w Schemat aroganckiego dresa bez mózgu i widzę w oczach przerażający ból, a pod naderwanymi etykietkami - wrażliwość. Pod cukierkoworóżową przymilnością słówek i zapewnień, pod płaszczykiem serdecznych działań potrafię znaleźć najdrobniejszy okruch fałszu, nawet, gdy nikt inny go nie dostrzega...

Kryształ to także pryzmat ogniskujący każde uczucie w wiązkę skumulowanych Emocji. Jest cudownie, gdy przepływa przez niego strumień Zachwytów, gdy rozszczepia się na szlifach Miłość albo Wiara w mądrość WielkiegoCynika. Ogromną siłą są przepływające przez Kryształ Iskry i wybuchające w nim Blaski, Fascynacje i odbijający się w labiryncie ścian Śmiech. Jednak Kryształ potrafi zogniskować także Żal, Rozpacz, Odrzucenie. Łatwo go zarysować naostrzonym Słowem, ukruszyć Smutkiem. Ból potrafi w nim pulsować z siłą tak ogromną, że ma się ochotę wyrwać każdy zrośnięty z Kryształem mięsień, rozciąć serce i wydłubać z niego najdrobniejszy szlif. Ból jest tak ogromny, że tylko WielkaNiewiadoma jest w stanie go ukoić i dać wytchnienie oszalałym Emocjom.

Jak wytłumaczyć innym, że to, co "widzę" naprawdę istnieje? Że się nie mylę, twierdząc, że stojąca przede mną istota ma w sobie coś innego niż to, co można oszacować oczami? Jak szukać zrozumienia, gdy potrafi się rozpoznać porę dnia po zapachu polnego kamienia? Jak żyć, kiedy myśli zaplatają się w wiersze i opisują świat potokiem metafor?

WielkiCynik dał mi wielki dar - WielkąSamotność.