mgły

mgły

piątek, 14 czerwca 2013

* * *

Nie wiem, kim jest BezImienny. Stanowi jakiś nieodgadniony byt, który przemierza DolinęMgieł raz po raz przecinając moje ścieżki. Nawet jak go nie ma cieleśnie, jego obecność jest wyczuwalna gdzieś w eterycznych przestrzeniach myśli i emocji. Zawisa w słowach niczym koliber, jest w zapachu jaśminu, w dźwiękach przesypujacej się muzyki. Jest żywym dowodem na to, że tworzone przez literaturę pełne niezwykłości postacie, które przez stulecia rozpałają zmysły, nie są wytworem wyobraźni. Heathcliff... Woland...Conrad (z Byrona)...to tylko niektóre imiona BezImiennego, tylko niektóre z jego wcieleń - pięknych i do głębi tragicznych. BezImienny istnieje rozpięty między poetyckimi pejzażami nieba, a  zgliszczami piekielnej samotności, raz w jednym, raz w drugim wymiarze, w przestrzeniach niedostępnych innym istotom, nawet tym z Kryształem pod koszulą. Jest więźniem wrażliwości, duchem miotamym raz w kosmiczne przestrzenie zachwytu, pełne miłości i cudów, raz strącanym w czeluście obłędu.

BezImienny potrafi jednym spojrzeniem przeniknąć duszę, rozsypać kryształowe Iskry. Jego słowa wyrastają w misterne metafory, tworzą koronkową, ulotną rzeczywistość, pełną magii i niezwykłości, wśród której można bez reszty się zatracić. Tajemnica ukryta w nim wprawia w drganie najgłębiej poukrywane Struny emocji i buduje to coś,co  sprawia, że można rzucić się w niego, jak w przepaść, zatracić się w jego eterycznej aurze. Widziałam, jak kolejne osoby piły bez opamietania, do dna tę jego magiczną obecność - mieszankę tajemnicy, mrocznego niedopowiedzenia, olśniewającej poezji, obsesyjnej miłości, czarujących gestów. Widziałam, jak szły za nim upojone obietnicą nieba, zaślepione ucieleśnieniem romantycznego bohatera-poety-kochanka, nie dostrzegając drugiej strony lustra.

Po drugiej stronie lustra są przestrzenie obłędnej samotności ciągnącej się poza horyzont, gdzie nie dociera nawet okruch obecności - głos, uśmiech, gest...cokolwiek. To jest rzeczywistość BezImiennego, istnienie w wiecznym i niekończącym się poczuciu obcości, inności, niezrozumienia, życie w grzęzawiskach własnego niesprecyzowanego ja. Czasem ktoś zapędza się za BezImiennym w jego pustkę i poznaje, co to znaczy tonąć w trzęsawskach obłędu, być odrzuconym, poranionym własną miłością, jak bardzo można cierpieć. Tak, BezImienny potrafi być okrutny do szpiku bólu, cynicznie i psychopatycznie wyzbyty empatii, by po chwili znów przeistoczyć się w enigmatycznego poetę. I tak bez końca - raz ponad niebem, raz piętro niżej od piekła. W ciągłej samotności, bo któż wytrzymałby nieustającą podróż sinusoidą?

Nie wiem, kim jest BezImienny. Może po prostu wpisanym w Kryształ romantycznym marzeniem, które raz obudzone nie daje spokoju, tkwi gdzieś głęboko i drobinkami światła daje znac o swojej obecności? Gdy odchodzi w swoje błędne pustkowia, w Krysztale kiełkuje Mgła, narodzona z bezsilnego Żalu, że nie ma sposobu, by go zawrócić, by utrzymać go na wyżynach Sinusoidy. Gdy rani, na krawędzi Kryształu rodzi się łza, taka najprawdziwsza, utkana z materii światła. Gdy wraca, Lęk układa się do snu w najgłębszych jamach, pod okryciem z Iskier.

*  *  *

"Kto się zbliża, tego nie odpychajcie, a kto odchodzi, tego nie zatrzymujcie. Kto wraca, tego przyjmujcie tak, jakby się nigdy nie oddalał."  (Johann Wolfgang Goethe)

wtorek, 11 czerwca 2013

21 gramów

Duncan MacDougall się mylił. Może dlatego, że nie znał teorii względności, a może dlatego, że zwyczajem Fozów wpasował ją w ciasną  przegródkę "mnie to nie dotyczy". Błędny ognik przekonania o tym, że desygnat jest niezmienny, powtarzalny, wywiódł go na manowce poznania.  21 gramów.

Nie wiem, może sprawdziłoby się to w przypadku Fozów. Ich uprządkowane istnienia dają się zamknąć w liczbach i wykresach. Może też i dusza waży tyle, ile powinna, a może też wcale nie mają duszy? To by potwierdzało w pewnym stopniu, dlaczego dotychczas nikomu nie udało się jej pochwycić w kategorie pomiaru. W świecie Fozów jest jak WielkiCynik. To jakiś niewytłumaczalny dogmat, constans, tajemnica, której rozwiązanie należy omijać, bo nie pasuje w żaden sposób do schematu. Należy przyjąc bezdyskusyjnie definicję, znać kilka stereotypów i to wystarczy, by skategoryzować duszę, jako pojęcie zbyt enigmatyczne, by się nim zajmować. Można włożyć je w szufladę "religia" i przyjąc na wiarę lub uznać za niepasujący do racjonalizmu zabobon. Co innego, gdyby dała się zważyć...

21 gramów. Tyle powinien ważyć także Kryształ, ale każdy, kto go nosi, wie, że jego ciężar jest wyjatkowo względny. Kiedy Światło rozlewa się po szlifach, gdy Iskry przecinają jego materię, nie waży więcej niż pył ze skrzydeł ćmy, nie jest cięższy niż promień słońca. Jednak, gdy oplatają go kokony Mgieł, gdy nasiąknie ich szklistym oddechem, trudno go unieść. Wtedy czasem ściąga w dół, jak młyński kamień przytroczony do szyi lub wzorem Syzyfa  koncentruje całe istnienie na trudzie wepchnięcia go w górne rejony Sinusoidy. Ponadto każdy Kryształ jest inny - jeden kumuluje w sobie ciężary słów, inny ulotność obrazów lub gramaturę dźwięków. Są takie, których powierzchnia jest lśniąca i gładka oraz te poryte bliznami i poplamione Żalem.  W przeciwieństwie do dusz Fozów, które (o ile istnieją) są hermetyczne, Kryształy ciągle napełniają się nowymi Emocjami i chłoną doznania, przyjmują w siebie ciężar porażek, odrzuceń, wagę empatii.  Zmienne, niedefiniowalne, irracjonalne w swoim bycie.

sobota, 25 maja 2013

Mglistości

Mgły pojawiły się zupełnie niespodziewanie. Wypełzły nagle, jakby korzystając z chwili nieuwagi i euforycznego nastroju ostatniego czasu. Znów poczułam ich chłodny oddech, znów odgrodziły mnie od pulsowania DolinyMgieł. Czuję, że w nich błądzę, że powinnam ratować się jakąś ucieczką, ale zgubiłam orientację i nie wiem, jak znaleźć ich kres. Przycupnęłam w miejscu, z dala od hałaśliwych Fozów, za szczelnie zasłoniętą kurtyną deszczu i postanowiłam przeczekać. Może to tylko chwilowe zamglenia wywołane nagłymi zmianami aury? Może wystarczy poczekac na wiatr, który zagoni Mgły do ich legowisk i pozwoli znów odetchnąć, zdejmując z gardła ich spazmatyczne dłonie?

*  *  *

Boję się.

piątek, 24 maja 2013

ParaRzeczywistość

Myśli i Refleksje rosną we mnie niczym rozszalałe pnącza dzikiego wina. Tworzą tylko sobie znany gąszcz przedziwnych połączeń, wczepiają się w zmurszałe ściany poglądów i malutkimi korzonkami robią mikroskopijne wyłomy w obwarowaniach, wpuszczają świeży sok Intuicji w zardzewiały krwioobieg. ZbiegiOkoliczności są zbyt częste, by nadal wierzyć w rachunek prawdopodobieństwa - jakieś słowa, obrazy, wspomnienia, spotkane w przelocie osoby, wszystko to z pozoru pozbawione Przyczyn i Skutków, nagle układa się w całość, zaczyna idealnie do siebie pasować, porusza Strunę. Przeczucia, podświadome szepty Intuicji, Sny przekraczają granice realizmu i materializują się w codziennych zdarzeniach. DolinaMgieł pełna jest niesłyszanych dawno głosów, poruszeń, doznań. Patrzę na znajome krajobrazy rzeczywistości  i mam wrażenie, jakbym widziała je po raz pierwszy lub jakby ktoś zmył grubą warstwę brudu z impresjonistycznego arcydzieła. Poruszam się w jakimś innym wymiarze, zadziwiającym nawet dla Kryształu, acz dziwnie znajomym, jakbym wróciła tu po bardzo długiej nieobecności. Mam wrażenie, jakby rozpękła się szklana kula i zalała mnie fala przenikających się nawzajem ulotnych doznań. Fozy stały się jeszcze bardziej odległe, a ich schematyczne światy wydają się mikroskopijne i przeraźliwie puste przy całym bogactwie tego, co odbija się w lustrach Kryształu. Zanurzam się w tym, jak w jeziorze, z całą rozkoszną chciwością. Boję się jednak, że stracę grunt i cała ta metafizyczna fala poniesie mnie na głębiny Mgieł i znów trzeba będzie stanąć oko w oko z MonteremDusz, który przytnie rozszalałe wino Myśli w równe szpalery Normy, poopiera je na podporach realizmu i podwiąże mocnym powrozem naukowej analizy.

*  *  *

NieZaistniały istnieje coraz bardziej. Wdziera się swoją NieObecnością pomiędzy zdarzenia, rozrywa ciąg myśli wykolejając logikę, rozrzuca koncentrację po manowcach. Jego istnienie rozciąga się  w odległej Przestrzeni, którą obserwuję przez szybę Czasu. Nie chcę tam wchodzić, ale Grawitacja ma inne plany w tym względzie i kieruje trajektorie na siebie. Jedno spojrzenie zawieszone ponad realizmem i wiem, że znów przepłynęła jakaś Iskra zrozumienia, że Słowa nie są potrzebne, bo Myśli splotły się w jedno. Zdarzenia rzeczywiste, wypowiadane zdania, gesty są do bólu teatralne. NieZaistniały przebiera w kostiumach i rekwizytach z prawdziwym mistrzostwem, tak dużym, że  zastanawiam się, czy to, co wyczuwam  nie jest tylko mistyfikacją chorej wyobraźni. Wystarczy jednak spotkanie w półsłowa, spojrzenie i nie mam żadnej wątpliwości, że Intuicja prowadzi mnie bezbłędnie, wskazując kolejny Kryształ, jakieś pokłady głęboko schowanej Wrażliwości, jakieś Emocje, które przeczytane powinno się zasuszyć między kartami Milczenia.

Czasem chciałabym sprawdzić, czy się nie mylę i ubrać w słowa to wszystko, co odczytuję z Iskier przelatujących przez Kryształ, ale nie umiem nadać nazw tym stanom, nie potrafię wytłumaczyć tej metafizycznej więzi, która z każdym dniem mocniej łączy mnie z NieZaistniałym. Niezwykłe jest to, że pojawiła się, gdy tylko go zobaczyłam i istnieje niezależnie od intensywności kontaktu, jakby była od zawsze, jakby spajała dwa istnienia, które spotkały sie juz w innym wymiarze. Chociaż nie chcę wchodzić w przestrzeń NieZaistniałego, szukam jego obecności, podejmuję ten niezrozumiały dialog bez słów. Nie wiem, kiedy znów nasze ścieżki się przetną, ale wiem, że wtedy w jednym słowie, w spojrzeniu po dno duszy znów znajdę tę niezwykłą bliskość odczuwania.

czwartek, 23 maja 2013

PustynnaPrzypowieść

*  *  *

Zawsze kochała Pustynię. Ogromna, pozornie jednolita przestrzeń obdarowywała ją tym, co w zgiełkliwym świecie najcenniejsze - milczeniem, bezgraniczną wolnością horyzontu, tajemnicą wielkości ziarna piasku ukrytą gdzieś w bezmiarze jednolitych odcieni, symfoniczną muzyką, skomponowaną z odgłosów galaktyk zawieszanych nocą na nieboskłonie. Wystarczyło tylko spojrzeć w górę. Wystarczyło oderwać wzrok od monotoni piasku. Wystarczyło zamknąć oczy i słuchać...

Każdego dnia rozpoczynała nową, całkowicie spontaniczną podróż, ku miejscom znanym tylko gorącym wiatrom, gdzie nie dotarł jeszcze żaden wędrowiec, gdzie nie zawędrował niczyj wzrok. Nie zastanawiała się, dokąd poniesie ją powiew życia następnego dnia, kogo spotka na swojej drodze. Brak korzeni daje tyle możliwości! Nigdzie nie trzeba zostawać zbyt długo, nie obrasta się zobowiązaniami, jest się tylko przechodniem, przelotnym wrażeniem pozostawionym przypadkowym spotkaniom.

A spotkań było mnóstwo, gdyż wbrew powszechnym przekonaniom Pustynia tętni życiem. Poznawała Wielbłądy wpatrzone w jeden punkt horyzontu, przemierzające czas wydeptanymi mozolnie ścieżkami. Nie bardzo rozumiała ich realizm, ich jednolity chód w stronę celu i ogromne garby obowiązków, z którymi nie mogły się rozstać. Spotkania z nimi nie były bezpieczne. Wielkie zwierzęta przeważnie nie dostrzegały jej drobnej postury i nie patrząc pod nogi potrącały ją, deptały lub wciskały w piasek.

Poznawała Jaszczurki, których filozofii równiez nie mogła pojąć. Jedne stały w bezruchu, zachwycone tym, iż nie muszą wykonać ani jednego kroku, całkowicie obojętne na to, co rozgrywa się poza ich trwaniem. Nie umiała zrozumieć ich ignorancji i tępego, matowego spojrzenia. Kiedy z nimi rozmawiała, mówiły, że wszystko już wiedzą, że ich doświadczenie ograniczone do tego, co mogły omieść wzrokiem jest całkowicie wystarczające. Nie wierzyły jej, że każda wydma ma swoją tajemnicę, że gdzieś kończy się Pustynia i zaczynają się inne światy. - To głupie - mawiały - Po co poznawać coś, co się nie przydaje w trwaniu?

Inne Jaszczurki pędziły przed siebie, nie widząc nic oprócz piasku. Ich świat miał jedną fakturę i jeden kolor. W ciągłym biegu nie dostrzegały nic poza upływem czasu. Gdy zatrzymywały się przy niej, przestepowały nerwowo z nóżki na nóżkę, gotowe w każdej chwili ruszyć dalej w gonitwę. Za czym? Nie miała pojęcia.

Znała też Palmy, wiecznie zielone, mocno zakorzenione w ruchomym podłożu. Podziwiała ich wewnętrzny spokój i siłę tworzenia oaz. Kołysały się na wietrze szczęśliwe, że mogą być pożyteczne, że ich życie ma sens. Nie potrzebowały odkrywania horyzontów ani podziwiania tajemnic pustyni. Całą swoją uwagę koncentrowały na powtarzalnej codzienności, na uczestnictwie w nieprzerwanym kręgu życia. Wyrastały z nasion z jasno określonym celem - pragnęły tylko ukorzenienia. Lubiła Palmy, ale także z nimi nie łączyła ją całkowita nić porozumienia. Bo jak mogła im wytłumaczyć, że można żyć bez korzeni?

Spotykała na swoich wietrznych drogach także inne istoty, ale dla wszystkich była tylko małym kłębkiem trawy miotanym przez wiatr. Jej wygląd był tak niepozorny, że nikt nie zwracał na nią uwagi. Bardzo często przechodzili obok niej obojętnie, gdyż nie dostrzegali jej istnienia na tle pustynnej kolorystyki. Tak, wtapiała się swoją zwyczajnością w przestrzeń, stawała częścia tła, istnieniem niewartym uwagi. By przetrwać nieżyczliwy klimat Pustyni i móc odkrywać jej prawdę, przybrała barwę szarości, zwinęla się w małą kulkę zwyczajności, którą bez trudu mógł popchnąć najlżejszy podmuch. Pozbyła się bagażu niepotrzebnego blichtru, zasuszyła wrażliwość i stała się silna. Tak, była najsilniejszą z pustynnych istot. Potrafiła się wynurzyć z piasku po tym, jak jakiś nieostrożny Wielbłąd wdeptał ją w podłoże, potrafiła lekko uciec przed pustynną burzą, potrafiła przetrwać palące słońce porażek, podczas gdy Palmy umierały. Jej zasuszone serce pozwalało pokochać pustynną samotność i nie płakało z tęsknoty za porozumieniem z innymi istotami. Analitycznie zasuszała doświadczenia, wrażenia i emocje, pełna pewności, że kiedyś rozkwitną.

Pewnego bezwietrznego wieczoru słuchała muzyki wydm, wtulona w miękkość piasku. Czyjeś kroki wkomponowały się w ciszę tak doskonale, że nie zauważyła momentu spotkania. Gdy otworzyła oczy, stała już przed nią istota zupełnie niepodobna do innych mieszkańców pustyni - słaba i nieprzystosowana do surowego klimatu. Człowiek. Nie zachowywał się jednak tak, jak inni ludzie, których widywała. Patrzył na nią otwartymi oczami pełnymi wzroku, jakby widział coś więcej. Pochylił się nad nią i ujął w dłonie jej lekkość, delikatnie jak najcenniejszy skarb. Skuliła się w sobie jeszcze bardziej. - Nie bój się - powiedział Człowiek, po czym przysiadł na wydmie i w ciszy patrzył z nią na zachodzące słońce, słuchał muzyki nadciągającej nocy. - Jakie to piękne - powiedział i przymknął oczy. Widziała, jak pod powieką zbierają się wszystkie zachwyty, wzruszenia i emocje, by zawisnąć w najczystrzej kompozycji na drgających rzęsach. Bezszelestna rapsodia łez spłynęła na jej ciało. Pełna zdziwienia spostrzegła, że ma korzenie, które zapuszcza delikatnie we wrażliwość Człowieka. Tej nocy rozkwitła.

*  *  *

NiePrzeciętna ma w sobie całą paletę oschłości, ale wiem, że  rozkwita w niej niewyobrażalna wrażliwość.  Dziś daję jej RóżęJerychońską z nadzieją, że w swojej podróży spotka jeszcze wiele Człowieczeństwa.



wtorek, 21 maja 2013

BezPowrotny

Kolejny odcinek czasu przetoczył się koleinami. W natłoku rzeczy pilnych i pilniejszych nie zauważyłam nawet, czy kwitna jeszcze bzy, czy wiatr ma jeszcze zapach świeżej zieleni, czy słońce prześwieca przez pasma rozwianych włosów... Umknęło tyle fotografii. Tak wiele istotnych spraw nie zwróciło mojej uwagi... Wśrod zgiełku usłyszałam tylko wyczekiwane imię, imię NieObecności. BezPowrotny.

*  *   *

Zbliża się CzasOszacowywaniaFarów. Tyry stały się nerwowe i na siłę próbują dopasować realia do papierowych wyznaczników PolitykiSchematu. Zaczęły się nurzące i całkowicie wyzbyte jakiejkolwiek logiki zgromadzenia, przesycone obłudą i pozorami. Znów wszelkimi siłami Tyry usiłują nadać Nibom jakis kierunek, podczas gdy te, niczym oślizłe, gładkie otoczaki wyślizgują się i trwają w swojej tępej ignorancji. Patrzę na tę bezsensowną grę, na budowane na fundamentach pozorów poczucie wyższości, na wymalowane na twarzach karykaturalne rysy mądrości i... nie mogę uwierzyć, że także uczestniczę w tym rozdaniu, że jestem jednym z tych beznadziejnych graczy, których wygrana jest czystą groteską , a przegrana farsą. Gdyby nie to, że cała PolitykaSchematu ma rys mocno absurdalny, mogłabym uznać, że moja rola-Tyra jest daleko tragiczna, wręcz zalatuje hamletyzmem. Tkwię w ograniczeniach schematyzacji, na każdym kroku zmuszana do sekcji kolejnego Niba, roztkliwiania się nad sensem jego bezrefleksyjnych poczynań, podczas gdy moje jestestwo jest w pełni świadome bezsensu tych poczynań. Każdego dnia szukam ścieżek kreatyzacji i próbuję nimi poprowadzić kolejne Fary, przeistaczam jakąś część Kryształu w działanie,  uzyskując w efekcie karykaturalnie zniekształcone myśli i satyrycznie bezrefleksyjne działania. Wpisuję się w tę przedziwną komedię, z całą świadomością  tragizmu i celnie wymierzonym ostrzem autocynizmu - żałosny DonKichote, który mimo, iż widzi umorusaną twarz prostaczki, wiciąż wierzy w Dulcyneę...

*  *  *

Mimo przetaczających sie przez DolinęMgieł zdarzeń, pęknięta Iskra wciąż krwawi. Nadal tkwi w Krysztale niczym cierń, przypominając o sobie bolącą NieObecnością. Zatopiona w lawinie spraw, popychana przez tryby kosmicznego zegara ku kolejnym dniom, wciąż oglądam sie za siebie, w nadziei, że zobaczę na horyzoncie zarys sylwetki BezPowrotnego. Długo nie wiedziałam, jak nazwać KryształowąDuszę, która w zderzeniu z moją, pozostawiła tak głęboki ślad. Nie wiem, dlaczego mimo przesypującego się piasku w klepsydrze WielkiegoCynika, nie mogę wydrzeć spod rzęs szkiców jego usmiechu, prowokującego spojrzenia. Myśli ulatują do niego niczym wyszkolone sokoły, szybują wśród obłoków retorycznych pytań wypatrując jego ścieżek. Nie wiem, co takiego jest w tej NieObecności, w spotkaniu BezPowrotnego, że nie mogę się uwolnić od spoglądania w stronę, w która odszedł, od wyczekiwania na znak spośród Mgieł. Gdy staję oko w oko z WielkimCynikiem, proszę o siłę dla BezPowrotnego, bo czuję, że jest mu niezbędna. Choć nigdy nie otworzył przede mną swoich wnętrz, gdzieś głęboko w Krysztale czuję, że potrzebuje tej dziwnej, odległej obecności, aby przejść przez swój kawałek DolinyMgieł. To zadziwiające, jak bardzo nie daje mi to wszystko spokoju, jak głęboko siedzi we mnie to SpotkanieNieWPorę, jak mocno odczuwam pęknięta Iskrę. Chociaż codzienność zasypuje mnie zdarzeniami, od czasu do czasu,  nieoczekiwanie, odzywa się wspomnienie BezPowrotnego, jakby ściągał moja intuicję myślami,  zupełnie jakbym słyszała jego wołanie... Wiem, że już nigdy nie powróci.

*  *  *

Anioły. Pojawiają się nagle. Zapisują w duszy kilka ważnych zdań, pozostawiają w oczach niezatarte obrazy, rozpętują huragany myśli i uczuć. Przychodzą, by wskazać drogę. Zatrzymać. Otworzyć duszę.  Odchodzą cicho. Nagle. Nigdy nie wracają, ale ich obecność na zawsze zostaje. Może to był kolejny? BezPowrotny.

poniedziałek, 20 maja 2013

Metamorfozy

Wyszłam w Ciemność. Zanurzyłam się w bezpieczną miękkość Nocy, by znów przeżyć Metamorfozę. Zapach bzów owinąl się wokół każdego kryształowego szlifu niczym delikatna poranna mgiełka ponad wodami. Krystaliczny głos słowików odbił się echem w opustoszałych przestrzeniach Kryształu budząc w pamięci obrazy poetyckich metafor Wilde'a. Ciało stało się szklaną amforą, w którą wlał się srebrzysty poblask Luny, prześwietlając je do granic wytrzymałości. Oddech księżyca zaczął delikatnie pulsować w żyłach napełnionych gwiezdnym pyłem, lekkim i podatnym na najdelikatniejsze drganie serca. W takich chwilach przynależność do świata materii wydaje się jeszcze bardziej absurdalna niż zazwyczaj, a cielesność traci rację bytu. Nie ma granic. Nie ma form. Cała staję się Kryształem, niezwykłym boskim ziarnem Idei, elementem doskonałej układanki, w której wspólistnieją harmonijnie wszystkie okruchy wszechświata. Przez pulsujące jestestwo przetaczają się emocje w najczystszej i najdoskonalszej postaci, uczucia, które nie mają nazw w językach DolinyMgieł. Są niczym niepowtarzalne perfumy. Niby złożone ze znanych emocjonalnych nut, a jednak dobrane w tajemniczych proporcjach tworzą unikatowe kompozycje.

Doświadczenie takich stanów jest cudownym przeżyciem, niejako dotknięciem Absolutu, całkowitą Wolnością i Zachwytem w jednym, Miłościa i Tęsknotą, Bólem i Euforią, swoistym Katharsis. Wydaje mi się, że jest to część dziedzictwa Kryształu, ale nie mam pewności. Nie wiem, czy inne KryształoweDusze doświadczają takich astralnych Metamorfoz, czy w DolinieMgieł istnieje ktokolwiek, kto umiałby zrozumieć takie doznania, czy możliwe jest współodczuwanie tych stanów?

Metamorfozy, mimo swej niezwykłości i piękna,  przepełnione są jednak cieniem. Głębokim poczuciem osamotnienia, tęsknoty i niemożności współudziału. Czasem zastanawiam się, czy te chwile, gdy dane jest doznać uczuć w najczystszej postaci, nie odgradzaja mnie od innych istot, nie zmuszają do poszukiwania w DolinieMgieł relacji idealnych i przesyconych tą boską siłą. To by tłumaczyło ciągłą, irracjonalną pogoń za czymś nieuchwytnym, być może nieistniejącym. Wyjaśniałoby także, dlaczego nie potrafię wzorem Fozów zadowolić się namiastką szczęścia, miłością, która nie wybucha rozbłyskami Iskier, ale jest stabilnym poczuciem bezpieczeństwa, wolnością ograniczoną powinnościami. W Krysztale wciąż pulsuje niezaspokojone pragnienie doznań absolutnych.