mgły

mgły

piątek, 21 grudnia 2012

Obecność

Ponad ziemią rozpostarł ramiona Orion, celując w świetliste oko Aldebarana i napełniając DolinęMgieł mroźnym spojrzeniem zimowego nieba. Oddech zawieszał w przestrzeniach świetliste tiule, a pod stopami przeraźliwy chłod zmuszał śnieg do skowytu. Iskry przecinały Kryształ raz za razem, rozniecając w nim blask spotęgowany pryzmatem mroźnie krytalicznego powietrza i podsycany gorącą, niczym pachnąca cynamonem czekolada, GrąMyśli. Refleksje i spostrzeżenia oblekały się w Słowa, a te miast kostnieć w pół drogi, prostowały skrzydła i bezszelestnie jak ćmy ulatywały w mrok prowadzone srebrzystą jasnością migotliwego śmiechu.

Fary otuliły mnie puchatą, cieplutką Obecnością, pełną nieoczekiwanych GierMyśli wyznaczających czas i przestrzeń wspólnej Drogi. To niezwykłe, że niektóre Fary nie rozmywają się w biegu zdarzeń. Wręcz przeciwnie - ich trwanie jest nadzwyczaj konkretne i jeszcze bardziej inspirujące, przepoczwarza się w przepełnioną ciepłem Obecność, pełną strategiczych GierMyśli, trwających dopóty  dopóki nie skończy się schematyzacja i część z nich nie zostanie wchłonięta przez rzeczywistość Fozów. Fary są niezwykłe, gdyż mają w sobie jakiś okruch Kryształu, jakiś niezwykły pryzmat, który sprawia, że potrafią się w nich rodzić Iskry i Blaski, materializować Marzenia, transponować Obrazy. Niestety, schematyzacja bardzo skutecznie wydziera te drobinki z wnętrz Farów, a funkcjonowanie w realiach Fozów, ściera w pył najmniejsze kryształowe ziarno. No chyba, że przeznaczeniem Fara jest Kryształ, misterna konstrukcja komórek elementarnych Idei i Emocji, niepojęta Wrażliwość zastygła w równoległościanach łez, bólu i uniesień. Prawdziwa rzadkość.

Patrzyłam w oczy Farów, pełne jeszcze pokryształowego kurzu i mimo przejmująco ciepłej Obecności, wiedziałam, że wynik schematyzacji został przesądzony i ciasne okowy realizmu Fozów powoli stają się jedynie słusznym obszarem istnienia, nieuchronnie prowadzącym do wygaszenia ostatnich Iskier.

Patrzyłam na Fary, napawałam się Obecnością i GrąMyśli, śledziłam Iskry, a na ściankach Kryształu powoli wspinały się arabeskowoulotne pnącza nadziei, że mimo nieuchronnego wejścia w struktury Fozów, Fary zatrzymają jakiś mikroskopijny pyłek Światła, drobinkę Kryształu, która czasem rozbłyśnie Iskrą zadziwienia, zachwytu, czułości, tworzenia, idei i przeszyje na wskroś ich wnętrza, docierając do podszewki istnienia.

Fary powróciły do swoich wszechświatów, pozostawiając mi Iskry przebiegające poprzez Kryształ i rozlewające się po wszystkich komórkach poczucie radości. Nie wiem, dlaczego WielkiCynik uczynił ze mnie pseudoTyra, czemu skierował moje kroki na taką ścieżkę wyborów...Czasem wydaje mi się, że chciał sobie w ten sposób zapewnić lepszą zabawę, miniaturowy, prywatny park rozrywki. Wolę jednak myśleć, że WielkiCynik jest niezgłebioną tajemnicą, KryształemKryształów, którego cieni i blasków nie jestem w stanie pojąć, a jednak ufam ich intuicji. Mam jednak nadzieję, że wprowadził mnie w świat Farów, by blask Kryształu wyhartował okruch kryształowego piasku, który już na zawsze będzie lśnił uwięziony w źrenicy.

czwartek, 20 grudnia 2012

Głosy

Książki są jak Fozy. Każda ma jakieś imię, fasadę okładki, za którą skrywa własną opowieść. Czasem wystarczy rzut oka na obwolutę, by wiedzieć, że po drugiej stronie nie czeka nic, poza pustymi schematami słów, ułożonymi w równe ścieżki, płaskimi przenośniami i kiczowatym pejzażem emocji. Idę wzdłuż długich regałów. Przebiegam wzrokiem po identycznych twarzach książek, powtarzam w myślach ich imiona, często banalne, brzmiące jak pęknięty dzwon, puste niczym oczy Fozów. Opuszkami palców dotykam okładek, by poczuć wewnętrzny puls, ale zbyt często skóra księgi jest zimna, niewrażliwa na muśnięcie dłoni. Czasem jednak wyczuwam delikatny impuls, jakąś fascynującą nutę w imieniu lub blask,  który nadaje zszytym razem kartkom indywidualny rys. Biorę książkę do ręki, czytam opis i z rezygnacją odstawiam egzemplarz na półkę – kolejny literacki Foz. Zdarza się jednak, że kilka słów porusza jakąś strunę i mam wrażenie, że słyszę ciche wołanie, zaproszenie do wnętrza. Wiem, że nie warto czytać pierwszego zdania, sztucznego tworu dopracowanego do granic konstrukcyjnej wytrzymałości, któremu każdy piszący poświęca najwięcej uwagi. To tak, jakby się chciało kogoś poznać wyłącznie na podstawie  wystylizowanej wizytówki lub konwencjonalnych, grzecznościowych formuł. Nie warto też zaglądać w przypadkowe przestrzenie, gdyż nie powiedzą one prawdy. Będą tylko zlepkiem wyrwanych z kontekstu obrazów, kawałkiem układanki lepiej lub gorzej oprawionej w słowa. Dlatego zawsze, gdy słyszę ten Głos, otwieram ostatnie stronice i czytam końcowe zdanie niczym testament, list wysłany w butelce do kogoś po drugiej stronie oceanu liter. Jeśli jest ono w stanie dać impuls Iskrze, rozbłysnąć w Krysztale, stworzyć lotną myśl lub zagrać na strunach refleksji, wiem, że znalazłam to, czego szukałam. Księga przemówiła. Otworzyła się przede mną nowa ścieżka w DolinieMgieł, którą chcę pobiec i oddać się bez reszty podziwianiu wykreowanych światów, poszukiwaniu znaczeń i wpisywaniu ich we własne konteksty. Głos prowadzi mnie poprzez labirynty zdań do kogoś, kto nosił w sobie okruch Kryształu i omijając schematy poczytności, rezygnując z poklasku Fozów, mówił tylko to, co zasłużyło, by porozrywać ciszę.

*   *   *

Był czas, gdy Mgły były wyjątkowo nieprzeniknione, a WielkaNiewiadoma z siłą magnesu neodymowego przyciągała rozklekotane żelastwo myśli. Biała w histerycznej panice wepchnęła mnie w łapy MonteraDusz, który tylko sobie znanymi metodami miał uformować Mgły w poprawnie schematyczne korytarze, biegnące w prawidłowym kierunku, pooddzielane logicznie usytułowanymi pokojami obowiązków. MonterDusz popatrzył na mnie spod ciężkich okularów, szklistym, hiperracjonalnym wzrokiem Foza i zapytał:

- Czy słyszy Pani głosy lub widzi coś, czego nie ma?

Mgły przesłaniały wszystko. Nie widziałam. Nie słyszałam. MonterDusz był zadowolony. Parametry były właściwe. Żadnej niepotrzebnej schizofrenii, żadnej nadinterpretacji spiżowego realizmu – lekkie oliwienie odpowiednich trybów istnienia i mechanizm wskoczy na jedynie słuszne, wyliczone z inżynierską precyzją tory funkcjonowania. Wejdzie na swoje miejsce w szpalerze sformatowanych dusz.

Kiedy zaglądam w twarze książek, próbuję wyczuć ich puls, wsłuchuję się w Głosy, którymi mnie wołają, mimowolnie na usta wstępuje uśmiech. Mam przed oczami zatroskaną twarz MonteraDusz, widzę wystudiowane przerażenie w oczach bez wyrazu i nerwowe penetrowanie myśli, skrywane pod siateczką mimicznych zmarszczek, w poszukiwaniu skutecznej metody naprawczej, dla istoty, która słyszy Głosy. Ba, nawet widzi Obrazy, których nie ma.  Nienarodzone fotografie, zatrzymane w stop – klatce drobiny czasu. Blaski i smugi porozpinanej w przestrzeni muzyki. Nieucieleśnione jeszcze sytuacje… spotkania… wzruszenia… Szkice rzeczywistości pod zamkniętymi powiekami.

-   Czy słyszy Pani głosy lub widzi coś, czego nie ma?

Tak, MonterzeDusz. I właśnie dlatego Cię nie potrzebuję.














środa, 19 grudnia 2012

TakTrzeba

Fozy lawinami przetaczają się przez wąskie alterie DolinyMgieł, jeszcze bardziej zapętlone w swoje tu i teraz niż zazwyczaj. Wielkimi krokami zbliża się CzasZatrzymania, który  wbrew głoszonym przez Fozy założeniom wciska je mocniej w kolejne schematy,  mistrzowsko karmione komercyjną papką  tandety. Szybciej… Więcej… Jaśniej… Rodzinniej… Zza szyby patrzę na przelewającą się masę, pochylona nad kubkiem kawy i Słowem. Fozy tu…Fozy tam…Wypatruję wśród nich Kryształowych, ale nawet jeśli są gdzieś tu, precyzyjnie wtopili się w gąszcz bezbarwnych spojrzeń, w jednolity szum odgłosów, w coraz wyraźniej unoszące się nad DolinąMgieł – „TAK  TRZEBA”.

TakTrzeba ucieleśnia się w idealnie przystrojonych choinkach, na których nie wypada wieszać niemodnych ozdób po Dziadku, w błyszczących prezentach odhaczanych z listy, bez chwili refleksji nad adresatem, w karpiach i pierogach przygotowywanych obcymi rękoma.  TakTrzeba musi być perfekcyjne, choć żaden Foz nie wie dlaczego i z typową dla siebie nonszalancją omija niewygodną refleksję brnąc w sztuczny śnieg rozsypany po wystawach. TakTrzeba nie obejmuje genialnego solo na trąbce, granego zziębnietymi palcami przez ulicznego muzyka. Staję. Świetlista smuga melodii wędruje między Fozami, płynnie i lekko niczym dym na jesieni. Fozy brodzą w nim bezwiednie, głuche na CzasZatrzymania rozwieszony pomiędzy nutami CichejNocy. W futerale kładę monetę, proste „dziękuję”. Unoszę wzrok i widzę brązowe spojrzenie przepełnione ŚwiatłemKryształu. Blask rozszczepia się na nierównych krawędziach, migocze… Zaczął padać śnieg… Odchodzę w swoją opowieść otulona szalem z muzyki, światła i śniegu.

Wśród tłumu wędruje biała postać ze skrzydłami, ale gdy się odwraca widzę zmarzniętego Foza z dzwonkiem i koszem opłatków na sprzedaż, przypominającego innym Fozom, że TakTrzeba. TakTrzeba ma tym razem twarz chorego dziecka spoglądającego z fotografii zawieszonej pod transparentem „pomóż”. AniołoFoz ma niezwykłą moc, bo nieliczne Fozy przystają przy nim, by poczuć się lepszymi niż są, zademonstrować pożądaną w CzasZatrzymania wrażliwość. Pod wpływem nieuważnego ruchu z kosza wypada opłatek i ląduje w śnieżnej brei, tuż pod nogami jakiegoś Foza, który wydłuża krok, by nie nadepnąć przedmiotu i idzie dalej. AniołoFoz udaje, że nie zauważył zguby, choć chwilę wcześniej wykonał serię ruchów, próbując schwycić upadający celofan. Mokry opłatek leży w błocie, a Fozy biegną w swoim kołowrotku wokół niego. Przechodząc podnoszę go z ziemi, a AniołoFoz gestem pokazuje mi, że go nie chce. Chyba nie rozumie, dlaczego podchodzę do trawnika i kruszę opłatek przed zziębnięte gołębie. Po chwili pojawiają się wróble, ze swoim wesołym świergotaniem. Przypominają mi się Słowa z książki Wańkowicza, o tym, jak do Warszawy po wojnie wracało życie. Pierwsze były wróble. AniołoFoz dalej nie rozumie. Tego nie obejmuje TakTrzeba.

*   *  *

WielkaNiewiadoma wysłała mi wiadomość. Tym razem to ona zrobiła krok w moim kierunku, przypominając, że nasze spotkanie może się odbyć także z Jej inicjatywy. Nie boję się.

wtorek, 18 grudnia 2012

Skrzydła

Odwieczne marzenie Fozów - wzbić się ponad DolinęMgieł i poczuć  ptakiem. Tworzą mity o istotach ze skrzydłami z wosku i piór, modlą się do eterycznych postaci w bieli, budują machiny i skaczą uwiązani linami do rzeczywistości, by poczuć, jak to jest być wolnym. Zadowalają się namiastką, obcą  opowieścią lub haustem adrenaliny. Chwilowe wyjście poza schemat w inny schemat. Fozy nie doznają nigdy, jak to jest mieć miękkość chmur pod stopami ani jak ciężko ciągnąć za sobą oplecione Mgłami, ciężkie od wilgoci i chłodu skrzydła. 
Nie wiem, czy mam Skrzydła. Nauczona racjonalizmu Fozów i przyziemnej filozofii SzklistychMgieł, nie widzę ich u ramion. Wiem jednak, że potrafią być niewyobrażalnie ciężkie, dalekie od lekkości tych malowanych  na lśniących złotem ikonach. Czasem trudno oderwać je od ziemi, by zrobić kolejny krok i wtedy chciałoby się wyrwać je z ochłapami mięsa, zostawić bez żalu ciśnięte w mrok.
Nie wiem, czy mam Skrzydła, ale znam to uczucie, pełne fizyczności, gdy unoszą się ku górze i prostują z lekkością pozbawioną grawitacji. Mam świadomość istnienia każdego pióra, idealnie miękkiego,  odartego z ciężaru. Stanowią część mnie, posłuszne woli jak ręka czy noga, idealnie zespolone z ciałem, gotowe na impuls świadomości. 
Nie wiem, czy mam Skrzydła, ale cieleśnie czuję, jak zamykają w najsubtelniejszym objęciu niektóre Istnienia, jakby chciały w nie przelać Światło, jakiś idealny blask wypływający z Kryształu duszy i tylko na poziomie duszy możliwy do zrozumienia. Wiem, że są Istoty, które czują ten dotyk, widzą go w spojrzeniu, odczytują z ruchu ciała i wplecionych między słowa znaczeń. 
Nie wiem, czy mam Skrzydła, ale znam uczucie całkowitej Wolności, gdy DolinaMgieł zostaje gdzieś daleko, a ja unoszę się poza czasem, w obszarach całkowicie niedostępnych Fozom i ich zgiełkliwym sprawom. Znam miękkość Przestrzeni i delikatne dźwięki smug słońca poruszonych nieostrożna dłonią.
W lustrzanej tafli odbija się powierzchowność, wpisana w przestrzeń i czas, ograniczona regułami DolinyMgieł. Wpatrzona w wizerunek, który wędruje ścieżkami codzienności, nie widzę nawet cienia Skrzydeł, zarysu, jakiejkolwiek przesłanki ich istnienia. Nie wiem, czy mam Skrzydła...

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Przejaśnienia

Mgły się przyczaiły. Z wrodzonym  sprytem wpełzły w zakamarki sobie tylko znanych szczelin czasu. Nie oblepiają horyzontu. Nie oplatają myśli. Nie ziębia ciała lodowatym dotykiem. Naiwnie można by było sądzić, że odeszły, ale wiem, że to nieprawda. Przyczajone i niewidoczne obserwują i czekają na odpowiedni moment, by kolejny raz zamknąć świadomość w szklanej pułapce, by wyziębić wszystkie emocje i sprowadzić je do wspólnego mianownika  paranoicznego lęku. Mgły są przebiegłe...

*   *   *
Pomiędzy wydarzeniami powoli porozpinał się krystaliczny Spokój, nieskażony smugami Mgieł. Jego spiżowa siła napędza godziny, pozwala czuć sens w bezdennie idiotycznych czynnościach codzienności. Coraz łatwiej utrzymać równowagę na cienkiej sinusoidzie rzeczywistości i usłyszeć szmer przebiegających przez Kryształ Iskier, których lśniąca obecność staje się  bardziej odczuwalna. Na szlifach Kryształu zatrzymują się zdarzenia, drobinki rzeczywistości uderzają w niego delikatnie, niczym ziarna piasku i pobudzają do pulsacyjnych rozbłysków . Zastygle we Mgle struny wrażliwości drgają niezauważalnie, budząc Kryształ do życia. 
Wydarzenia nie płyną spowite mgłą, nierozpoznawalnie identyczne. Zatrzymują się w fotograficznych ujęciach i pozwalają rozsmakowywać się detalami. Szum, pośpiech, tłum Fozów i nagle...błysk...Nuta za nutą na Kryształ opada deszcz znajomych dźwięków. Przejmujące solo trąbki roznieca Iskry, zawisa w przestrzeniach serca. Wszystko zamiera, pustoszeje. Nie ma juz Fozów, pośpiechu, zmęczenia. W przestrzeni Kryształu jest tylko ta muzyka i blask zrodzony ze wzruszeń.
*  *  *
Wychodzę w noc. Na skórze mam jeszcze nieistotny dotyk, a pod powiekami obraz splecionych dłoni, spojrzenie aż po dno duszy. Zatraca znaczenie postać po drugiej stronie wspomnienia. Rozmywa się kontekst. Kryształ pulsuje od metafor i niedomówień. Całe jego wnętrze wypełnia ulotność chwili, przesyconej subtelnością. Patrzę w niebo. Na krawędziach rzęs przysiadają gwiazdy.
*  *  *
Przestrzeń nasycona słowami - nieistotna kakofonia dźwięków, czyjeś pytanie, jakas odpowiedź, historia, żart. Kolejne wyrazy płyną nieprzerwanym strumieniem, bez znaczenia. Wśród zgiełku pada słowo - nic ważnego, refleksja niczym kamień rzucona w ocean zdań. We mnie nie ma już gwaru, nie ma wokół bezsensownie rozrzuconych znaczeń. Słowo zapada w Kryształ, uwalnia myśli, uderza w emocje. Zatrzymuję się w biegu i patrzę, jak jedno słowo rozchodzi się kręgami po oceanie, by po chwili nie zostawic po sobie śladu w rozedrganej rzeczywistości. Patrzę na usta, które uwolniły słowo, na oczy, których nie pojmuję, na twarz, której nie znam...Nie wiem, czy rozumiem. I nie potrzebuję wiedzieć.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

MiejscePrawd

...jeszcze nie. To jeszcze nie TERAZ. Chwila oddechu do następnego razu.

*  *  *
Tyle Mgieł już przepłynęło przeze mnie odkąd opuściłam DomMilczenia. Kilkakrotnie zmieniły się kolory światła ponad DolinąMgieł, przeminęły nowe okresy schematyzowania Farów, w zakamarkach kryształu błyskały i gasły iskry, na krawędziach zebrał się kurz przemijających zdarzeń. Odeszłam zostawiając za sobą DomMilczenia, a jednak nie udało mi się od niego uciec. Jego cisza trwa we mnie ciągle, dźwięczy nutą żalu i cierpienia. W Krysztale tkwią ziarna zimnego muru, wokół których narosły wrzody minionych dni. Ciągle w źrenicach sterczą igły porozbijanych szyb i przeszywają chłodem każdy obraz, zniekształcają pejzaże i twarze.
Próbuję wyrwać z siebie resztki DomuMilczenia, przefiltrować krew z jadu Białej i NieIstniejącego, ale one wciąż odnawiają się nowymi przerzutami. Są jak rak - wyrwane z jednego miejsca, atakują inne, dotychczas pozornie zdrowe. Potraktowane chemią puchną i pękają, rozlewając swoje zgniłe wnętrze na cały Kryształ.
W poszukiwaniu lekarstwa natrafiłam na MiejscePrawd. Przygarnia mnie ono, uczy, jak goić rany po DomuMilczenia. Otwiera blizny i z całą bezlitosną precyzją chirurgii czyści kolejne ukryte pod strupami ogniska zarazy. Dostrzegłam, że mój Kryształ jest pełen blizn i zaognionych wrzodów, w których oślizłych wnętrznościach rodzi się Mgła.

*  *   *
W MiejscuPrawd można spotkać NieWidzialnych. Są sobie obcy i nie szukają porozumienia. Są Fozami i Kryształowymi, ale tak naprawdę nie przynależą nigdzie. Łączy ich jedno - każdy miał jakiś DomMilczenia, od którego cienia i resztek nie potrafi się uwolnić. Spotykają się w MiejscuPrawd, by wspólnie szukać antidotum na jad, który jakieś Białe i jacyś NieIstniejący wstrzyknęli w ich istnienie. Próbują pozbyć się resztek swojego przekleństwa i odzyskać utracony spokój.
Jestem jednym z NieWidzialnych.

niedziela, 8 stycznia 2012

Dlaczego?

Znów zsuwam się w głębiny, bezskutecznie próbując wbić pazury w otaczające mnie szkło. Zapadam się wciąż  niżej, ciągnięta w dół przez mroczne grzęzawiska Mgieł. Brak sił doskwiera coraz bardziej i coraz wyraźniejsza staje się świadomość zapadania w obojętność doznań. Każda sekunda oblepiona chłodem i rozciągnięta między pasmami Mgieł zdaje się nie mieć końca. Ciąży jak bezkresny ołowiany łańcuch i ściąga resztki jaźni w bezkresny letarg.

Mgły wciskają się w żyły niczym kurara. Paraliżują wszystkie zmysły, odbierają doznania i hibernują puls emocji. Krajobraz rozmywa się przed oczami, kolory rozmazują się, by w końcu spłynąć i zaschnąć na źrenicach jednostajną szarością. Wszystko przestaje istnieć. W półśnie- nieistnieniu próbuję jak zwierzę schować się przed oplatającą gardło Mgłą. Ale przed nią nie ma ucieczki. Chyba że na zawsze porzuci się DolinęMgieł i świadomie otworzy drogę w WielkąNiewiadomą.

Zawsze, gdy przychodzi SzklistaMgła, zastanawiam się, czy to już TERAZ. Czy ten wyrafinowany kat tym razem doprowadzi mnie pod drzwi i położę dłoń na klamce na drugą stronę czasu. Wiem, że to nastąpi. Wiem, że nie mam szans uciec Mgłom i odzyskać Światło w swoim Krysztale. Nie wiem tylko, kiedy Mgła wyssie ze mnie wszystko i przestanie mnie tu trzymać ostatnia Iskra.

Mgły są doskonałe. Wyrafinowane w swoim sadyzmie. Dopadają swoją ofiarę i znęcają się nad nią do utraty zmysłów, do obłędu między paranoiczną bezsennością a histerycznym snem. Gdy już ciało sparaliżowane mglistą kurarą oddziela się od świadomości, kiedy powieki są zbyt ciężkie, aby chcieć otworzyć oczy, Mgły się rozrzedzają i pozwalają kilku promieniom ogrzać zmasakrowane bólem istnienie. Łaskawie godzą się, by ofiara odzyskała trochę sił, by móc wytrzymać kolejną dawkę wyrafinowanego sadyzmu.

Fozy nie są w stanie zrozumieć siły Mgieł. Wydaje im się, że można rozdmuchać je opowieściami, że można trzymać je z daleka, okrywszy się farmakologicznym pseudoszczęsciem. Sądzą, że siła woli i tzw. pozytywne myślenie są antidotum na powtarzające się dawki mglistej kurary. Nie rozumieją. I odmawiają ofiarom Mgieł łagodnego przejścia w WielkąNiewiadomą z wyboru. Zasłaniają się  frazesami moralności, prawem WielkiegoCynika. Ktoś, kto choć raz był we Mgle, wie, że trwanie w niej, powtarzające się odcinki czasu naznaczone paraliżem i bólem, są tysiąckroć gorsze niż podważenie praw WielkiegoCynika. Istnienie od koszmaru do koszmaru, bez nadziei na przebudzenie jest straszniejsze niż bezpowrotne wtulenie twarzy w WielkąNiewiadomą.

Gdy cierpi zwierzę, po prostu pozwala się mu zasnąć. Kryształowych zostawia się w Mglistym koszmarze, czeka, aż wszystko zgnije w ich wnętrzu i sami wejdą w WielkąNiewiadomą w ostatnim desperackim spazmie bólu. Bez możliwości wyboru. Bez godności, którą daje Sen. A wszystko w imię cynicznej ideologii i pustych haseł o uszlachetniającej mocy cierpienia. Ono niczego ani nikogo nie uszlachetnia. Odbiera tylko resztki godności.



*    *    *

"Samobójstwo, jeżeli tak się stanie, popełnię przecież z miłości do życia, a nie do śmierci. To będzie akt wierności, a nie zdrady."