Chłodny poranek przenika do wszystkich komórek ciała i rozlewa się po krwioobiegu. Powieki ciążą sennie, ciężkie od przeczytanych nocą stronic, a smak kawy ciągle trzepocze na ustach. Jedynym pragnieniem są miękkie bezdroża snu. Mimo to jadę z Białą, by posnuć się po dzikich ostępach w poszukiwaniu grzybów, pachnących okruchów jesieni. Biała ma poczucie Wspólnoty, idiotyczne przeświadczenie, że nawiązała nic porozumienia. Patrzę na nią, na to idealne wcielenie Foza i zastanawiam się, jak można być tak ślepym, tak zatrzaśniętym w schematach i wzorach, by nie dostrzegać, że matematyczne wyliczenia błądzą po manowcach i nie zbliżają się nawet w przybliżeniu do poprawnego wyniku. Nie staram się już wyprowadzać jej z zagmatwanych korytarzy foziej logiki. Nie próbuję przebić się przez szklisto-biały kokon, który sobie wytworzyła. Nie oczekuję, że usłyszy Słowa, a nie własną nadinterpretację, uproszczone do granic absurdu komunikaty, których treść i tak nie ma wiekszego znaczenia. Nie mogę się nadziwić, że do świadomości Białej docierają tylko wybrane fale, jakby WielkiCynik zapomniał dostroić odbiornik, który wyłapuje tylko niektóre rozgłośnie. Przeważnie odbiera RadioPracaWłasna, które jest w stanie zagłuszyć wszystko, nawet relaksacyjne dziś RadioGrzyby. Kiedyś odbierała jeszcze RadioPies, ale częstotliwość zaginęła gdzieś w eterze.
Wędruję swoimi ścieżkami wpatrzona pod nogi. Zieloność ściółki zespala się z zielenią spojrzenia w jeden, idealny synchron. Biała swoim zwyczajem Foza pędzi gdzieś z przodu, jakby pośpiech stanowił proces życiowy. Znika w labiryntach gałęzi jej połyskująca kurtka. W pięcioliniach myśli zaczyna rozbrzmiewać wiersz Steda...Ty, ty prawdziwej nie uronisz łzy / Ty najwyżej w góre wznosisz brwi / Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle, / bo ty grasz. / Ja duszę na ramieniu wiecznie mam / Cały jestem zbudowany z ran... Sarkastyczny komentarz, WielkiCyniku, zaiste sarkastyczny.
Nie gonię za Białą. Cisza narasta we mnie po granice Kryształu. Jest idealna i gładka jak lustro - żadnego powiewu, trzasku gałęzi, odgłosu ptaka. Czas staje, jakby bał się, że swoim strumieniem porysuje perfekcyjną taflę ciszy, a ja wiem, że nadeszło Zatrzymanie. Spoglądam w górę, na złocistą mozaikę liści na sklepieniu lasu, na białe kolumny brzóz porysowane czarnymi pęknięciami. Sakrum słonecznych promieni kładzie się błogosławieństwem na mojej głowie. I nie ma już nic poza tą chwilą. Nic nie jest ważniejsze, od tej ciszy, po samo dno Kryształu. Przestrzeń przechodzi metamorfozę - oddala sie od ogółu i koncentruje na fotograficznym detalu. Mam wrażenie, jakby w jednej sekundzie percepcja uległa przedziwnemu rozszczepieniu i umożliwiła mi jednoczesne postrzeganie szczegółu i całościowego obrazu. Pająk, idealny konstruktor świetlistych galaktyk, buduje sieć, która zdaje się być cała z materii światła...Żuk, banalna metafora istnienia, wydostał się z pękniętej purchawki, otrzepuje pancerz i idzie dalej, nie zważając na przeszkody i upadki... Ponad drzewami przelatuje ptak. Słyszę szum skrzydeł i czuję na twarzy powiew poruszonego piórem powietrza... Wszystko spaja się w całość, jak harmonijne fragmenty gobelinu. Czas zaczyna wracać na miejsce i lekko przetaczać swoje ziarna. Powoli...Ostrożnie...
Biała pojawia się wśród drzew, zdziwiona nieobecnością. Pyta, co sie stało, jakby jej byt Foza mógł zrozumiec odpowiedź. Wykręcam się zdawkowym zabłądzeniem i podręcznym brakiem orientacji - racjonalnymi usprawiedliwieniami mieszczącymi się w zasobach pojmowania.
Opowieść o życiu w świecie Mgieł, o ucieczce, porażce i walce o odzyskanie zachwytu. Historia dziejąca się między dwoma światami - światem Kryształu i światem Fozów.
mgły
poniedziałek, 30 września 2013
sobota, 28 września 2013
Wrażliwość Tyra
Zaplątana w nowe zadania schematyzacji zaczynam dostrzegać, że logika Fozów/ Tyrów nie jest w stanie odczytać niektórych rejonów rzeczywistości i zrozumiec nawet powierzchni zjawisk, które dla Kryształowych są oczywiste. Brakuje słów, a te które istnieją w zasobie leksykalnym Fozów, nie obejmują swoim znaczeniem złożoności i niuansów, nie opisują tego wszystkiego, co leży w głębiach. Niedawno, jeden z Farów, który przybył z odległych rejonów DolinyMgieł, poddawany schematyzacji, zapytał, co znaczy wrażliwość. Wpisana w rolę Tyra natychmiast wysypałam z siebie odpowiednią dawkę określeń, synonimów i przykładów, by nagle zderzyć się z refleksją, iż wszystko, co mówię jest tylko garścią przypadkowych puzzli, z których nie można ułożyć pełnego obrazu, obfitego w odcienie i wyjątkowości. Jak więc wytłumaczyć Fozowi, czym jest najważniejszy składnik Kryształu, skoro język DolinyMgieł nie był w stanie zbudować żadnej definicji, prócz przypadkowych zlepków określeń precyzujących wyrwane z kontekstu fragmenty?
W tym wszystkim najbardziej wzrusza mnie wrażliwość Tyrów, którym się wydaje, że z racji wykonywanej profesji mają na nią wyłaczność i są w tej dziedzinie szczególnie uprzywilejowane, ba nawet mogą wpisać ją w założenia schematyzacji i wymagać jej przyswojenia przez zastępy Farów. Śmieszne. Zatopione w swojej misji Tyry budują schematy, by zamknąć w nie coś, co się schematom wymyka, konstruują definicje niczym pałace z kart, które przy najlżejszym podmuchu intelektualnej argumentacji popadają w ruinę i trzeba je na siłę scalać zaprawą wątpliwego autorytetu. Pochylają się nad Farami tylko po to, by uniknąć kłopotliwych uwikłań, wrażliwością zasłaniają swoje zaangażowanie w schematyzację Nibów, a gdy spojrzy się na ich działania nagle okazuje się, że są tylko pozornym lawirowaniem między filarami definicji, w której nie ma miejsca dla BezPowrotnego, BezImiennego czy NiePrzeciętnej, nie ma miejsca na zrozumienie sedna Kryształów i pajęczej doskonałości tego, czym jest Wrażliwość.
BezPowrotny przeszedł przez najciemniejsze zakamarki DolinyMgieł, przez sinusoidy, które mnie ominęły, których zgniłych smaków nie zaznałam. Wydostał się z labiryntów, z przeistaczających się nierzeczywistych światów tworzących paranormalne pejzaże. W ostatnich, wygasających Iskrach Kryształu odnalazł siłę, by rozbić SzklisteMgły, by wydostać z owinietych mackami Mgieł Myśli resztki woli istnienia. Jego rozpaczliwe odejście w pozaświadomą destrukcję pozostawiło plamę Żalu w moim Krysztale, wyraźną i rozdrażnioną ranę, wybebeszoną bezradność, które nie pozwoliły mi zatrzasnąć za nim Zapomnienia. Każdego dnia bezrefleksyjnie patrzyłam w stronę, w którą odszedł, pełna uschłej nadziei na Powrót. Nie potrafiłam, jak inne Tyry, stwierdzić faktu, postawić kropki po ostatnim słowie protokołu, przypieczętować istnienia NieMójProblemPieczęcią. Jak wytłumaczyć przesypujące się Iskry i rozbłyski Kryształu, gdy pewnego dnia zarys znajomej sylwetki wynurzył się z oleistego tłumu Fozów? Jak zdefiniować grę spojrzeń, w których kipiała treść i Emocje? Jak przekazać treść nieistniejącej więzi utkanej z filozoficznych przemyśleń, ciepłych gestów i przestrzennych rozmów osrebrzonych świtem?
Czasem w procesie schematyzacji natrafiam na ostre skały problemów, których po prostu nie można ująć w ramy ani upchnąć w tabele. Nie ma też ich jak zwerbalizować, bo każda próba nazwania pokazuje tylko obdrapaną fasadę, bez możliwości zajrzenia głębiej w rozległe przestworza zrozumienia. Jak można przekazać Farom kreacyjny bezmiar Słowa? Jak wprowadzić w miękkie pokoje zachwytu? Jak zatrzymać rozpędzoną świadomość na detalu, który oglądany z dystansu nie ma wpływu na nic, co w racjonalnym świecie Fozów ma znaczenie? Prawdopodobnie się nie da, podobnie, jak nie da się wytłumaczyć, czym jest Wrażliwość. Tylko Kryształowi są w stanie przetransponować ubogi język schematyzacji i w poszukującej refleksji dotrzeć do iluminacyjnych sensów, takich, których nie da się wyrazić żadnym ze znanych słów. Po co więc na siłę wprowadzać w proces schematyzacji pozawerbalne i pozaintelektualne treści? Dlaczego wymaga się od Tyrów, by sprowadzały do poziomu banału metafizyczne doznania, zawieszone gdzieś w połowie drogi między profanum a sacrum?
Trzymam w ręku egzemplarz "Sklepów cynamonowych", czytam i z każdym wypowiedzianym zdaniem przez Kryształ przelewa się fala Zatrzymań. Każda metafora rozbrzmiewa echem przekształcając kryształowe wnętrze w niezwykły instrument, w którym pojedyncze dźwięki spajają się w muzykę. Struna drga potrącona opadającym na nią gradem zachwyceń. Oniryczne pejzaże wyrastają w świadomości i porywają zagubiony intelekt w rejony, gdzie rządzi Wrażliwość. Tam, gdzie dotrą tylko Kryształowi.
W tym wszystkim najbardziej wzrusza mnie wrażliwość Tyrów, którym się wydaje, że z racji wykonywanej profesji mają na nią wyłaczność i są w tej dziedzinie szczególnie uprzywilejowane, ba nawet mogą wpisać ją w założenia schematyzacji i wymagać jej przyswojenia przez zastępy Farów. Śmieszne. Zatopione w swojej misji Tyry budują schematy, by zamknąć w nie coś, co się schematom wymyka, konstruują definicje niczym pałace z kart, które przy najlżejszym podmuchu intelektualnej argumentacji popadają w ruinę i trzeba je na siłę scalać zaprawą wątpliwego autorytetu. Pochylają się nad Farami tylko po to, by uniknąć kłopotliwych uwikłań, wrażliwością zasłaniają swoje zaangażowanie w schematyzację Nibów, a gdy spojrzy się na ich działania nagle okazuje się, że są tylko pozornym lawirowaniem między filarami definicji, w której nie ma miejsca dla BezPowrotnego, BezImiennego czy NiePrzeciętnej, nie ma miejsca na zrozumienie sedna Kryształów i pajęczej doskonałości tego, czym jest Wrażliwość.
BezPowrotny przeszedł przez najciemniejsze zakamarki DolinyMgieł, przez sinusoidy, które mnie ominęły, których zgniłych smaków nie zaznałam. Wydostał się z labiryntów, z przeistaczających się nierzeczywistych światów tworzących paranormalne pejzaże. W ostatnich, wygasających Iskrach Kryształu odnalazł siłę, by rozbić SzklisteMgły, by wydostać z owinietych mackami Mgieł Myśli resztki woli istnienia. Jego rozpaczliwe odejście w pozaświadomą destrukcję pozostawiło plamę Żalu w moim Krysztale, wyraźną i rozdrażnioną ranę, wybebeszoną bezradność, które nie pozwoliły mi zatrzasnąć za nim Zapomnienia. Każdego dnia bezrefleksyjnie patrzyłam w stronę, w którą odszedł, pełna uschłej nadziei na Powrót. Nie potrafiłam, jak inne Tyry, stwierdzić faktu, postawić kropki po ostatnim słowie protokołu, przypieczętować istnienia NieMójProblemPieczęcią. Jak wytłumaczyć przesypujące się Iskry i rozbłyski Kryształu, gdy pewnego dnia zarys znajomej sylwetki wynurzył się z oleistego tłumu Fozów? Jak zdefiniować grę spojrzeń, w których kipiała treść i Emocje? Jak przekazać treść nieistniejącej więzi utkanej z filozoficznych przemyśleń, ciepłych gestów i przestrzennych rozmów osrebrzonych świtem?
Czasem w procesie schematyzacji natrafiam na ostre skały problemów, których po prostu nie można ująć w ramy ani upchnąć w tabele. Nie ma też ich jak zwerbalizować, bo każda próba nazwania pokazuje tylko obdrapaną fasadę, bez możliwości zajrzenia głębiej w rozległe przestworza zrozumienia. Jak można przekazać Farom kreacyjny bezmiar Słowa? Jak wprowadzić w miękkie pokoje zachwytu? Jak zatrzymać rozpędzoną świadomość na detalu, który oglądany z dystansu nie ma wpływu na nic, co w racjonalnym świecie Fozów ma znaczenie? Prawdopodobnie się nie da, podobnie, jak nie da się wytłumaczyć, czym jest Wrażliwość. Tylko Kryształowi są w stanie przetransponować ubogi język schematyzacji i w poszukującej refleksji dotrzeć do iluminacyjnych sensów, takich, których nie da się wyrazić żadnym ze znanych słów. Po co więc na siłę wprowadzać w proces schematyzacji pozawerbalne i pozaintelektualne treści? Dlaczego wymaga się od Tyrów, by sprowadzały do poziomu banału metafizyczne doznania, zawieszone gdzieś w połowie drogi między profanum a sacrum?
Trzymam w ręku egzemplarz "Sklepów cynamonowych", czytam i z każdym wypowiedzianym zdaniem przez Kryształ przelewa się fala Zatrzymań. Każda metafora rozbrzmiewa echem przekształcając kryształowe wnętrze w niezwykły instrument, w którym pojedyncze dźwięki spajają się w muzykę. Struna drga potrącona opadającym na nią gradem zachwyceń. Oniryczne pejzaże wyrastają w świadomości i porywają zagubiony intelekt w rejony, gdzie rządzi Wrażliwość. Tam, gdzie dotrą tylko Kryształowi.
piątek, 27 września 2013
Dywizjonizm
Zawieszam wzrok na oparciu nabrzmiałego deszczem nieba, by wymazać z pamięci magnetyczną, fascynującą NieObecność, skroplić myśli w jeden, poukładany strumień rozsądku i z teatralną swobodą wrócić przed impresjonistyczny portret NieZaistniałego, pełen ulotnych niuansów. Źrenice bładzą po nieregularnej tafli chmur, spacerują wśród palet szarości szukając wytchnienia, oddalenia i bezpowrotu, ucieczki przed pragnieniem interpretacji wciąż na nowo odkrywanych pokładów koloru. Jednolity dotychczas obraz rozpada się na tysiące detali, ukazując całą piekielną cudowność dywizjonizmu. Nie ma już NieZaistniałego. Z ogółu pospolitych cech nagle wynurzają się poszczególne plamy barw, pojedyncze punkty, dotknięcia pędzla, dowodzące perfekcji dzieła. Nie dostrzegam już całości, lecz jakby zawieszone w próżni detale, pełne mistrzowskiej precyzji. Dłoń zastygła w zamyśleniu ujawnia szlachetną długość palców o męskim, silnym kroju i kolorze lekkiej kawy. Uśmiech przestaje być częścią twarzy i konsoliduje się w subtelnym zarysie ust, w prawie niedostrzegalnym, unikatowym tiku kącika ust. Oczy oddają całe swoje jestestwo ironicznemu spojrzeniu uczepionemu pod regularnymi liniami brwi. Nieświadomie poszukuję detali, jakbym przez ich studium chciała odnaleźć poprawna interpretację calości, jakby zrozumienie ich bytu było kluczem do poznania najskrytszych tajemnic obrazu.
NieZaistniały oddala się i powraca niczym przypływ. Raz za razem znajduję to tu to tam jakiś fragment jego osobowości, okruch bursztynu, który zupełnie nie pasuje do garści podobnych okruchów, które trzymam w dłoni. Jest jak pokruszona, antyczna mozaika, której cudowności można się domyślać po żmudnie zrekonstruowanym fragmencie, bez szans na zobaczenie całkowitej świetności.
Wracam spojrzeniem z poszarzałej deszczem ściany chmur. Mój wzrok wpada w studnię spojrzenia NieZaistniałego, pełną jasnych, zawadiackich iskierek. Jakieś słowa rozrzucone po stole jak kostki do gry - prowokują. Zbieram kości, zamykam w dłoniach i rozgrywam kolejną partię rozmowy, niczym hazardzista, który nie może powstrzymać pragnienia odzyskania straconych chwil. Podejmuję grę.
NieZaistniały oddala się i powraca niczym przypływ. Raz za razem znajduję to tu to tam jakiś fragment jego osobowości, okruch bursztynu, który zupełnie nie pasuje do garści podobnych okruchów, które trzymam w dłoni. Jest jak pokruszona, antyczna mozaika, której cudowności można się domyślać po żmudnie zrekonstruowanym fragmencie, bez szans na zobaczenie całkowitej świetności.
Wracam spojrzeniem z poszarzałej deszczem ściany chmur. Mój wzrok wpada w studnię spojrzenia NieZaistniałego, pełną jasnych, zawadiackich iskierek. Jakieś słowa rozrzucone po stole jak kostki do gry - prowokują. Zbieram kości, zamykam w dłoniach i rozgrywam kolejną partię rozmowy, niczym hazardzista, który nie może powstrzymać pragnienia odzyskania straconych chwil. Podejmuję grę.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Rzeka
Usiadłam na kamieniach na brzegu Rzeki i zapatrzyłam się w jej nurt - rwący potok twarzy, istnień, opowieści. Zatrzymania otoczyły mnie chmurą motyli - delikatnie i ulotnie. Wyrzeźbiona zmarszczkami twarz staruszki... Dziecko beztrosko leżące na bruku z głowką opartą na rękach... Para zanurzona w sobie po krańce świadomości... Człowiek z wielką narzędziową skrzynią... Dziewczyna w słuchawkach przyklejona do smartphona - niewolnica współczesności, głucha i ślepa na to wszystko, co niesie bezmiar Rzeki. Chwytam przelotne spojrzenie ciekawych oczu i wiem, że fala Fozów niesie ze sobą tez drobiny Kryształów. Ciekawe, czy dałoby się je wypłukać jak drobinki zlota? Czy można rozpoznać szlachetność kruszcu jednym, lekkim spojrzeniem?
Usiadłam na brzegu Rzeki, bez Czasu zawieszonego na łańcuszku, bez oczekiwań i pytań, z lekką przyjemnościa o smaku latte. Płynąca masa nagle zaczęła mieć znaczenie, a z tłumu wynurzyły sie NieZnajome i NieZnajomi, z niezwykłą księgą opowieści o życiu, którego niegdy nie dotkę, nie otrę się o jego szorstkie struktury. Możliwe, że właśnie przepłynęla obok mnie moja największa Przyjaźń, a ten chłopak z dredami ma w oczach coś tak miękkiego, że pewnie oczarowałaby mnie jego dobroć. Mężczyzna z roześmianą dziewczynką "na barana" - mogłam to być ja, dawno temu albo kiedyś, w innym czasie, w innym życiu, tam, gdzie istnieje słowo "tata".
Zawsze bałam się myśli, że minę się z kimś bardzo ważnym, z kimś, kto mógłby mi wskazać drogę albo uczynić szczęśliwą. Minę się w wielkiej Rzece, minę się w Czasie, minę się w Przestrzeniach. Może ten ktoś już był albo dopiero się narodzi, może właśnie przepłynął obok niosąc starą wysłużoną walizkę pełną sekretów. Może przed chwilą spytał o godzinę lub uśmiechnąl się w przelocie widząc, że coś piszę na kolanie. Boję się, że umknęla mi chwila, słowo, spojrzenie, że zbyt mało widzę, za słabo wgryzam się w istniejący wokół mikrokosmos nieznajomych historii.
* * *
Ostatnio ktoś zadał mi pytanie, za co jestem najbardziej wdzięczna losowi. Przez świadomość przetoczyły się tysiące myśli, z cyklu "powinnam", "wypada", "należy". A więc powinnam być wdzięczna za rodzinę. Wypada oddać palmę pierwszeństwa miłości. Należy docenić wykształcenie. Tylko, że żadna z tych rzeczy nie byłaby moją odpowiedzią. Stanowiłaby kolejną kombinację Pół - i Ćwierćprawd. Spośród wielu odpowiedzi wybrałam trzy, bo...no właśnie, w baśniach wszystko ma swoją trójkę.
1.
Jestem wdzięczna losowi za wiarę w WielkiegoCynika, za to, że odnalazłam ją wśród gąszczu pozorów i labiryntów obłudy. Chociaż naszych relacji nie można tak do końca wpisać w żadną doktrynę, to jednak wiem, że On gdzieś tam jest i starannie układa na mojej drodze zdarzenia, tak bym mogła potykać się o oczywistości i uderzać świadomością w pnie absurdu.
2. Jestem wdzięczna losowi za Kryształ. Może bez niego byłoby łatwiej, może mniej boleśnie, może bardziej "normalnie", ale... jest dodatkowym, niezwykle czułym zmysłem, który sprawia, że czuje się więcej. Więcej boli, ale też więcej zachwyca, więcej zatrzymuje, więcej wzrusza. Może dzięki niemu tez więcej się rozumie? A może wręcz przeciwnie - dużo mniej? Nie mam pojęcia, ale wiem, że nie potrafiłabym żyć bez Iskier i Blasków, bez zamknietej w Krysztale Intuicji.
3.
Jestem wdzięczna losowi, za istoty, które stawia na mojej drodze - wyjątkowe, magiczne istnienia, NieZnajomych, z którymi jakimś cudem nie minęłam się. Przecież mogłam skręcić w inną ulicę. Mogłam zamknąc oczy i nie zauważyć nieco dłuższego spojrzenia. Mogłam nie powiedzieć jakiegoś słowa albo nie obejrzeć się. Jakimś cudem WielkiCynik wprowadza na moje ścieżki istoty, które niosą w sobie dobro i piękno, a strzeże mnie przed tymi okrutnymi.
* * *
"Najważniejsze, abyśmy nigdy nie przestali zadawać pytań. Ciekawość ma swoje własne racje istnienia. Nie sposób nie oniemieć z zachwytu, gdy kontempluje się tajemnice wieczności, życia, czy też wspaniałej struktury rzeczywistości. Wystarczy spróbować pojąć choćby drobny fragment tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie wolno utracić tej świętej ciekawości" (Albert Einstein)
Usiadłam na brzegu Rzeki, bez Czasu zawieszonego na łańcuszku, bez oczekiwań i pytań, z lekką przyjemnościa o smaku latte. Płynąca masa nagle zaczęła mieć znaczenie, a z tłumu wynurzyły sie NieZnajome i NieZnajomi, z niezwykłą księgą opowieści o życiu, którego niegdy nie dotkę, nie otrę się o jego szorstkie struktury. Możliwe, że właśnie przepłynęla obok mnie moja największa Przyjaźń, a ten chłopak z dredami ma w oczach coś tak miękkiego, że pewnie oczarowałaby mnie jego dobroć. Mężczyzna z roześmianą dziewczynką "na barana" - mogłam to być ja, dawno temu albo kiedyś, w innym czasie, w innym życiu, tam, gdzie istnieje słowo "tata".
Zawsze bałam się myśli, że minę się z kimś bardzo ważnym, z kimś, kto mógłby mi wskazać drogę albo uczynić szczęśliwą. Minę się w wielkiej Rzece, minę się w Czasie, minę się w Przestrzeniach. Może ten ktoś już był albo dopiero się narodzi, może właśnie przepłynął obok niosąc starą wysłużoną walizkę pełną sekretów. Może przed chwilą spytał o godzinę lub uśmiechnąl się w przelocie widząc, że coś piszę na kolanie. Boję się, że umknęla mi chwila, słowo, spojrzenie, że zbyt mało widzę, za słabo wgryzam się w istniejący wokół mikrokosmos nieznajomych historii.
* * *
Ostatnio ktoś zadał mi pytanie, za co jestem najbardziej wdzięczna losowi. Przez świadomość przetoczyły się tysiące myśli, z cyklu "powinnam", "wypada", "należy". A więc powinnam być wdzięczna za rodzinę. Wypada oddać palmę pierwszeństwa miłości. Należy docenić wykształcenie. Tylko, że żadna z tych rzeczy nie byłaby moją odpowiedzią. Stanowiłaby kolejną kombinację Pół - i Ćwierćprawd. Spośród wielu odpowiedzi wybrałam trzy, bo...no właśnie, w baśniach wszystko ma swoją trójkę.
1.
Jestem wdzięczna losowi za wiarę w WielkiegoCynika, za to, że odnalazłam ją wśród gąszczu pozorów i labiryntów obłudy. Chociaż naszych relacji nie można tak do końca wpisać w żadną doktrynę, to jednak wiem, że On gdzieś tam jest i starannie układa na mojej drodze zdarzenia, tak bym mogła potykać się o oczywistości i uderzać świadomością w pnie absurdu.
2. Jestem wdzięczna losowi za Kryształ. Może bez niego byłoby łatwiej, może mniej boleśnie, może bardziej "normalnie", ale... jest dodatkowym, niezwykle czułym zmysłem, który sprawia, że czuje się więcej. Więcej boli, ale też więcej zachwyca, więcej zatrzymuje, więcej wzrusza. Może dzięki niemu tez więcej się rozumie? A może wręcz przeciwnie - dużo mniej? Nie mam pojęcia, ale wiem, że nie potrafiłabym żyć bez Iskier i Blasków, bez zamknietej w Krysztale Intuicji.
3.
Jestem wdzięczna losowi, za istoty, które stawia na mojej drodze - wyjątkowe, magiczne istnienia, NieZnajomych, z którymi jakimś cudem nie minęłam się. Przecież mogłam skręcić w inną ulicę. Mogłam zamknąc oczy i nie zauważyć nieco dłuższego spojrzenia. Mogłam nie powiedzieć jakiegoś słowa albo nie obejrzeć się. Jakimś cudem WielkiCynik wprowadza na moje ścieżki istoty, które niosą w sobie dobro i piękno, a strzeże mnie przed tymi okrutnymi.
* * *
"Najważniejsze, abyśmy nigdy nie przestali zadawać pytań. Ciekawość ma swoje własne racje istnienia. Nie sposób nie oniemieć z zachwytu, gdy kontempluje się tajemnice wieczności, życia, czy też wspaniałej struktury rzeczywistości. Wystarczy spróbować pojąć choćby drobny fragment tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie wolno utracić tej świętej ciekawości" (Albert Einstein)
piątek, 14 czerwca 2013
* * *
Nie wiem, kim jest BezImienny. Stanowi jakiś nieodgadniony byt, który przemierza DolinęMgieł raz po raz przecinając moje ścieżki. Nawet jak go nie ma cieleśnie, jego obecność jest wyczuwalna gdzieś w eterycznych przestrzeniach myśli i emocji. Zawisa w słowach niczym koliber, jest w zapachu jaśminu, w dźwiękach przesypujacej się muzyki. Jest żywym dowodem na to, że tworzone przez literaturę pełne niezwykłości postacie, które przez stulecia rozpałają zmysły, nie są wytworem wyobraźni. Heathcliff... Woland...Conrad (z Byrona)...to tylko niektóre imiona BezImiennego, tylko niektóre z jego wcieleń - pięknych i do głębi tragicznych. BezImienny istnieje rozpięty między poetyckimi pejzażami nieba, a zgliszczami piekielnej samotności, raz w jednym, raz w drugim wymiarze, w przestrzeniach niedostępnych innym istotom, nawet tym z Kryształem pod koszulą. Jest więźniem wrażliwości, duchem miotamym raz w kosmiczne przestrzenie zachwytu, pełne miłości i cudów, raz strącanym w czeluście obłędu.
BezImienny potrafi jednym spojrzeniem przeniknąć duszę, rozsypać kryształowe Iskry. Jego słowa wyrastają w misterne metafory, tworzą koronkową, ulotną rzeczywistość, pełną magii i niezwykłości, wśród której można bez reszty się zatracić. Tajemnica ukryta w nim wprawia w drganie najgłębiej poukrywane Struny emocji i buduje to coś,co sprawia, że można rzucić się w niego, jak w przepaść, zatracić się w jego eterycznej aurze. Widziałam, jak kolejne osoby piły bez opamietania, do dna tę jego magiczną obecność - mieszankę tajemnicy, mrocznego niedopowiedzenia, olśniewającej poezji, obsesyjnej miłości, czarujących gestów. Widziałam, jak szły za nim upojone obietnicą nieba, zaślepione ucieleśnieniem romantycznego bohatera-poety-kochanka, nie dostrzegając drugiej strony lustra.
Po drugiej stronie lustra są przestrzenie obłędnej samotności ciągnącej się poza horyzont, gdzie nie dociera nawet okruch obecności - głos, uśmiech, gest...cokolwiek. To jest rzeczywistość BezImiennego, istnienie w wiecznym i niekończącym się poczuciu obcości, inności, niezrozumienia, życie w grzęzawiskach własnego niesprecyzowanego ja. Czasem ktoś zapędza się za BezImiennym w jego pustkę i poznaje, co to znaczy tonąć w trzęsawskach obłędu, być odrzuconym, poranionym własną miłością, jak bardzo można cierpieć. Tak, BezImienny potrafi być okrutny do szpiku bólu, cynicznie i psychopatycznie wyzbyty empatii, by po chwili znów przeistoczyć się w enigmatycznego poetę. I tak bez końca - raz ponad niebem, raz piętro niżej od piekła. W ciągłej samotności, bo któż wytrzymałby nieustającą podróż sinusoidą?
Nie wiem, kim jest BezImienny. Może po prostu wpisanym w Kryształ romantycznym marzeniem, które raz obudzone nie daje spokoju, tkwi gdzieś głęboko i drobinkami światła daje znac o swojej obecności? Gdy odchodzi w swoje błędne pustkowia, w Krysztale kiełkuje Mgła, narodzona z bezsilnego Żalu, że nie ma sposobu, by go zawrócić, by utrzymać go na wyżynach Sinusoidy. Gdy rani, na krawędzi Kryształu rodzi się łza, taka najprawdziwsza, utkana z materii światła. Gdy wraca, Lęk układa się do snu w najgłębszych jamach, pod okryciem z Iskier.
* * *
"Kto się zbliża, tego nie odpychajcie, a kto odchodzi, tego nie zatrzymujcie. Kto wraca, tego przyjmujcie tak, jakby się nigdy nie oddalał." (Johann Wolfgang Goethe)
BezImienny potrafi jednym spojrzeniem przeniknąć duszę, rozsypać kryształowe Iskry. Jego słowa wyrastają w misterne metafory, tworzą koronkową, ulotną rzeczywistość, pełną magii i niezwykłości, wśród której można bez reszty się zatracić. Tajemnica ukryta w nim wprawia w drganie najgłębiej poukrywane Struny emocji i buduje to coś,co sprawia, że można rzucić się w niego, jak w przepaść, zatracić się w jego eterycznej aurze. Widziałam, jak kolejne osoby piły bez opamietania, do dna tę jego magiczną obecność - mieszankę tajemnicy, mrocznego niedopowiedzenia, olśniewającej poezji, obsesyjnej miłości, czarujących gestów. Widziałam, jak szły za nim upojone obietnicą nieba, zaślepione ucieleśnieniem romantycznego bohatera-poety-kochanka, nie dostrzegając drugiej strony lustra.
Po drugiej stronie lustra są przestrzenie obłędnej samotności ciągnącej się poza horyzont, gdzie nie dociera nawet okruch obecności - głos, uśmiech, gest...cokolwiek. To jest rzeczywistość BezImiennego, istnienie w wiecznym i niekończącym się poczuciu obcości, inności, niezrozumienia, życie w grzęzawiskach własnego niesprecyzowanego ja. Czasem ktoś zapędza się za BezImiennym w jego pustkę i poznaje, co to znaczy tonąć w trzęsawskach obłędu, być odrzuconym, poranionym własną miłością, jak bardzo można cierpieć. Tak, BezImienny potrafi być okrutny do szpiku bólu, cynicznie i psychopatycznie wyzbyty empatii, by po chwili znów przeistoczyć się w enigmatycznego poetę. I tak bez końca - raz ponad niebem, raz piętro niżej od piekła. W ciągłej samotności, bo któż wytrzymałby nieustającą podróż sinusoidą?
Nie wiem, kim jest BezImienny. Może po prostu wpisanym w Kryształ romantycznym marzeniem, które raz obudzone nie daje spokoju, tkwi gdzieś głęboko i drobinkami światła daje znac o swojej obecności? Gdy odchodzi w swoje błędne pustkowia, w Krysztale kiełkuje Mgła, narodzona z bezsilnego Żalu, że nie ma sposobu, by go zawrócić, by utrzymać go na wyżynach Sinusoidy. Gdy rani, na krawędzi Kryształu rodzi się łza, taka najprawdziwsza, utkana z materii światła. Gdy wraca, Lęk układa się do snu w najgłębszych jamach, pod okryciem z Iskier.
* * *
"Kto się zbliża, tego nie odpychajcie, a kto odchodzi, tego nie zatrzymujcie. Kto wraca, tego przyjmujcie tak, jakby się nigdy nie oddalał." (Johann Wolfgang Goethe)
wtorek, 11 czerwca 2013
21 gramów
Duncan MacDougall się mylił. Może dlatego, że nie znał teorii względności, a może dlatego, że zwyczajem Fozów wpasował ją w ciasną przegródkę "mnie to nie dotyczy". Błędny ognik przekonania o tym, że desygnat jest niezmienny, powtarzalny, wywiódł go na manowce poznania. 21 gramów.
Nie wiem, może sprawdziłoby się to w przypadku Fozów. Ich uprządkowane istnienia dają się zamknąć w liczbach i wykresach. Może też i dusza waży tyle, ile powinna, a może też wcale nie mają duszy? To by potwierdzało w pewnym stopniu, dlaczego dotychczas nikomu nie udało się jej pochwycić w kategorie pomiaru. W świecie Fozów jest jak WielkiCynik. To jakiś niewytłumaczalny dogmat, constans, tajemnica, której rozwiązanie należy omijać, bo nie pasuje w żaden sposób do schematu. Należy przyjąc bezdyskusyjnie definicję, znać kilka stereotypów i to wystarczy, by skategoryzować duszę, jako pojęcie zbyt enigmatyczne, by się nim zajmować. Można włożyć je w szufladę "religia" i przyjąc na wiarę lub uznać za niepasujący do racjonalizmu zabobon. Co innego, gdyby dała się zważyć...
21 gramów. Tyle powinien ważyć także Kryształ, ale każdy, kto go nosi, wie, że jego ciężar jest wyjatkowo względny. Kiedy Światło rozlewa się po szlifach, gdy Iskry przecinają jego materię, nie waży więcej niż pył ze skrzydeł ćmy, nie jest cięższy niż promień słońca. Jednak, gdy oplatają go kokony Mgieł, gdy nasiąknie ich szklistym oddechem, trudno go unieść. Wtedy czasem ściąga w dół, jak młyński kamień przytroczony do szyi lub wzorem Syzyfa koncentruje całe istnienie na trudzie wepchnięcia go w górne rejony Sinusoidy. Ponadto każdy Kryształ jest inny - jeden kumuluje w sobie ciężary słów, inny ulotność obrazów lub gramaturę dźwięków. Są takie, których powierzchnia jest lśniąca i gładka oraz te poryte bliznami i poplamione Żalem. W przeciwieństwie do dusz Fozów, które (o ile istnieją) są hermetyczne, Kryształy ciągle napełniają się nowymi Emocjami i chłoną doznania, przyjmują w siebie ciężar porażek, odrzuceń, wagę empatii. Zmienne, niedefiniowalne, irracjonalne w swoim bycie.
Nie wiem, może sprawdziłoby się to w przypadku Fozów. Ich uprządkowane istnienia dają się zamknąć w liczbach i wykresach. Może też i dusza waży tyle, ile powinna, a może też wcale nie mają duszy? To by potwierdzało w pewnym stopniu, dlaczego dotychczas nikomu nie udało się jej pochwycić w kategorie pomiaru. W świecie Fozów jest jak WielkiCynik. To jakiś niewytłumaczalny dogmat, constans, tajemnica, której rozwiązanie należy omijać, bo nie pasuje w żaden sposób do schematu. Należy przyjąc bezdyskusyjnie definicję, znać kilka stereotypów i to wystarczy, by skategoryzować duszę, jako pojęcie zbyt enigmatyczne, by się nim zajmować. Można włożyć je w szufladę "religia" i przyjąc na wiarę lub uznać za niepasujący do racjonalizmu zabobon. Co innego, gdyby dała się zważyć...
21 gramów. Tyle powinien ważyć także Kryształ, ale każdy, kto go nosi, wie, że jego ciężar jest wyjatkowo względny. Kiedy Światło rozlewa się po szlifach, gdy Iskry przecinają jego materię, nie waży więcej niż pył ze skrzydeł ćmy, nie jest cięższy niż promień słońca. Jednak, gdy oplatają go kokony Mgieł, gdy nasiąknie ich szklistym oddechem, trudno go unieść. Wtedy czasem ściąga w dół, jak młyński kamień przytroczony do szyi lub wzorem Syzyfa koncentruje całe istnienie na trudzie wepchnięcia go w górne rejony Sinusoidy. Ponadto każdy Kryształ jest inny - jeden kumuluje w sobie ciężary słów, inny ulotność obrazów lub gramaturę dźwięków. Są takie, których powierzchnia jest lśniąca i gładka oraz te poryte bliznami i poplamione Żalem. W przeciwieństwie do dusz Fozów, które (o ile istnieją) są hermetyczne, Kryształy ciągle napełniają się nowymi Emocjami i chłoną doznania, przyjmują w siebie ciężar porażek, odrzuceń, wagę empatii. Zmienne, niedefiniowalne, irracjonalne w swoim bycie.
sobota, 25 maja 2013
Mglistości
Mgły pojawiły się zupełnie niespodziewanie. Wypełzły nagle, jakby korzystając z chwili nieuwagi i euforycznego nastroju ostatniego czasu. Znów poczułam ich chłodny oddech, znów odgrodziły mnie od pulsowania DolinyMgieł. Czuję, że w nich błądzę, że powinnam ratować się jakąś ucieczką, ale zgubiłam orientację i nie wiem, jak znaleźć ich kres. Przycupnęłam w miejscu, z dala od hałaśliwych Fozów, za szczelnie zasłoniętą kurtyną deszczu i postanowiłam przeczekać. Może to tylko chwilowe zamglenia wywołane nagłymi zmianami aury? Może wystarczy poczekac na wiatr, który zagoni Mgły do ich legowisk i pozwoli znów odetchnąć, zdejmując z gardła ich spazmatyczne dłonie?
* * *
Boję się.
* * *
Boję się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)