mgły

mgły

niedziela, 5 czerwca 2016

Dziecko WielkiegoCynika

Przestrzeń otwiera się przede mną jak księga, pełną historii przedwiecznych, obecnych I nigdy nienadeszłych.  Czas zatrzymuje się, zapętla sam w sobie, przemiela moje istnienie zębatymi kołami galatyk nad głową, rozciera mój pył polodowcowym trwaniem krajobrazu.  Otoczona wiatrem, zapachem ziół, wypełniona po brzegi odgłosami ciszy, przesiąknięta majestatycznym spokojem lasów gubię swoją przemijalność. W relacji ze światem drzew, wiatrów o zapachu siana, lekkich głosów żurawi znajduję sens swojego tu i teraz. Sens chwilowy i odwieczny.  Przemijalny  i trwały. 

Jestem wszystkim, każdym z tych ziaren doskonałości Wielkiego Cynika, którego obecność jest niemal namacalna. Jestem w głosach skowronków, blaskach słońca na falach, w każdym z tych banałów,  pokręconego i nielogicznego świata Fozów, pełnego wielu niepotrzebnych słów, jazgotliwej potrzeby zaznaczania swojego istnienia.

Na ogromnej, skoszonej łące siedzimy razem, w niepoliczalnej liczbie obecności. Tworzymy jakąś niepojętą układankę  przenikających się historii,  opowiadanych  wieloma językami.

Tacy różni, tacy niepojęci. Dzieci WielkiegoCynika, rozrzucone po wszechświecie odłamki Kryształu. 



poniedziałek, 16 maja 2016

NieDopasowanie II

Niespokojnymi haustami spijam cierpki zapach świeżej zieleni. Uspokaja jak filiżanka gorzkiej herbaty sączona małymi łyczkami. Chłód wieczoru przywołuje zmysły do porządku, wciska je w dygoczące ciało i skupia na prostych i logicznych sprawach. Zimne krople nierównomiernie osiadają na skórze - jedna...druga...trzecia...Nie wiem, ile czasu pozwalam im błądzić po pociągniętych tuszem rzęsach, mieszać się z pudrem i wspomnieniami. Nie liczę. Trwam wciśnięta w zieleń mokrego lasu. Trwam. Mimo wszystko.
Deszcz pada coraz intensywniej, a ja czuję, jakbym rozpadała się pod dotykiem miękkich kropli. Wsiąkają we mnie, rozmaczają, rozpuszczają bezgłośnie. Jestem jednowymiarową, papierową wycinanką, sztucznym tworem rozpiętym w rzeczywistości, do której nie przystaję. Szukam swojego miejsca i wciąż czuję się obco - nie tu, nie tak, nie taka.
Każdego dnia bezgłośnie wchodzę w świat Fozów, z jedną, konkretna myślą - przetrwać do zmroku, zagonić się w codzienności i nie czuć tej odchłani, która cały czas otacza moje istnienie. Zacisnąć oczy, by nie uwolnić łez, zasznurować usta, by krzyk nie rozdarł normalności wokół, wbić paznokcie w dłonie, do fizycznego bólu, który na moment odwróci uwagę od nicości. Szukam ucieczek, by nie zauważać powtarzających się schematów, których nie umiem przezwyciężyć, które wciąż spychają mnie na krawędzie życia. A gdy przestaję uciekać, gdy pozwalam zmysłom na odczucie prawdy, Kryształ pęka od niewyobrażalnego bólu, który krwawo skrapla się na krawędziach. 

* * *
Nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Nie wiem, czy mój czas w ogóle istnieje. Wciąż czuję, jakbym przynależała do innego świata. Może takiego, którego w ogóle nie ma. Mam wrażenie, jakbym prześlizgiwała się w czasie, który nigdy nie jest mój - jakbym rodziła się za wcześnie albo za późno, nigdy w porę. 



sobota, 12 grudnia 2015

Przechodzień

Słowa. W tłumie, zgiełku, pędzie miasta oplatały mnie Słowa. Przelatywały nad głową stadami niedokończonych wierszy, szły obok w szeptach pourywanych historii, ześlizgiwały się z budynków, drzew i śmietników, czekając tylko na podniesienie.
* * *
Idę rozświetloną ulicą. Godziny szczytu. Tłum. Nieobecne twarze, samochody, sygnał karetki, tramwaje. Wszyscy gnają, płyną ludzką lawą o setkach kończyn dolinami brukowanych chodników. Spojrzenie prześlizguje się po obiektach nie rozróżniając ich - człowiek, ławka, jakiś samochód, manekin na wystawie, słupek - wszystko zlewa się w jeden rzeczownik, przeszkodę do ominięcia. 
Dostosowuję krok, prawie biegnę, zajęta układaniem w myślach kolejnej listy spraw bez końca. Każde odhaczenie jednego obowiązku powoduje, że na jego miejsce natychmiast wskakuje następny. Idiotyczny constats, dowód na istnienie nieskończoności, nad której absurdem nie zatrzymuję rozpędzonych myśli. 
Z daleka wzrok przykuwa zbliżająca się sylwetka - jakiś chłopak, z wielką teczką na rysunki i nonszalancko opuszczonymi szelkami. Zastanawiam się, dlaczego moja myśl zatrzymała się na jego niepozornym obrazie i nagle uświadamiam sobie, że mężczyzna idzie spacerkiem. Jego ruch ma w sobie coś hipnotycznego, jest jak centrum poruszającej się spirali, jak obraz iluzoryczny, który za chwile okaże się artystycznym oszustwem. 
Człowiek jest coraz bliżej. Widzę zawadiacki kapelusz i garść ołówków wystających z kieszeni rozpiętego płaszcza. Dostrzegam wyraz twarzy - spokojny, ciepły uśmiech, zatrzymuje mi się w źrenicach i natychmiast odbija się w jego figlarnym spojrzeniu. Ułamek sekundy, zwolniony do granic wytrzymałości, napakowany szczegółami. Mijamy się. Za chłopakiem sunie mgiełka subtelnego zapachu perfum. Zatrzymuję się, oczarowana nutą fascynacji. Przez umysł przelatuje myśl, by się obejrzeć, ale od razu rezygnuję z takiego rozwiązania - trwam w chwili, nie szukam wyjaśnień ani doprecyzowań.
Kiedy ruszam dalej, oczy zaczynają widzieć, a Kryształ czuć. Powoli dostrzegam zapadający zmrok i światła miasta wschodzące ponad głowami. Zbieram Słowa, które nagle ujawniają swoją obecność, docierają do świadomości. Filozoficzna dysputa o przewadze hamburgerów nad kebabami, z niezwykłą żarliwością prowadzona za moimi plecami przez przejętych studentów, maluje uśmiech na ustach, a pożegnanie dwóch staruszek, pełne młodzieńczej pasji zapada w serce. 
Staję z boku, przy wystawie jakiegoś sklepu z butami. W witrynie odbija się płynący ulicą tłum, który nagle przestaje być bezkształtna masą i staje się splotem historii, nurtem opowieści o hamburgerach i książkach, o wykładach z rysunku i zmysłowych perfumach, o ukochanych psach i straconych złudzeniach, o spóźnieniach, które zmieniły wszystko i tramwajach, które nigdy nie przyjechały.  Wreszcie o mężczyźnie z teczką na rysunki, którego prowokacyjne spojrzenie odbija się w lustrze witryny. Nie odwracam się. Wiem, że odleciał. 

piątek, 4 grudnia 2015

Dom WielkiegoCynika

Wypchnięta na scenę  codzienności, gram bez wytchnienia swoją rolę, poruszana zdrewniałym sercem. Wstaję,  chodzę, siadam, śpię uwięziona w nieswoim ciele, pociągana linkami przywiązanymi do krzyżaka Czasu. Ja-Nieja. Ktoś. Bez myśli, bez celu, bez wzruszeń. Marionetka w obłędzie świata.
Kiedy weszłam w progi domu WielkiegoCynika, nagle pourywały się  wszystkie sznurki, jakby wielkie, ciężkie drzwi niczym skalpel odcięły wiązania zasznurowane rękami Lalkarza-Czasu.  Cisza rozlała się we mnie, napełniła żyły tętniącym spokojem. Skłębione myśli, porozwlekane we wszystkie strony, spanikowane i rozedrgane, potulnie wróciły do swojego nurtu.  Stanęłam na środku pustej nawy, zamknęłam oczy. Miękkość dywanu natychmiast wyrosła pod stopami, jakby tylko czekając by pochwycić i wyciszyć  moje kroki. Cisza przestała być jednolita. Pojawiła się w niej cała symfonia skrzypnięć, akordy  przekładanych stron w śpiewnikach, nieśmiałość kroków na marmurowej posadzce, szepty zapalanych świec.  Zapach, którego nigdy nie potrafiłam nazwać, zapach domu WielkiegoCynika zawirował w nozdrzach i dotarł do świadomości. Nie wiem, czym jest, ale zawsze, gdy go wdycham, przepełnia mnie jak wino amforę. Jest zapachem braku lęku, bliskości, wonią spokoju i pewności, powrotem z bardzo dalekiej podróży, bezpieczną przystanią czyjejś obecności, pewnością, że już wszystko będzie dobre.

Pierwsze dźwięki organów są  ciężkie, prawie wgniatają w posadzkę. Drgają w całym ciele, przenikają wszystkie tkanki. Milkną. Otwieram oczy i patrzę w górę, w wir kopuły. Na balkonach stoją ubrane na biało postacie ze świecami w dłoniach.  Ich śpiew porusza dawno zardzewiałą Strunę, Kryształ zaczyna drgać. Wpatrzona w górę mam wrażenie, jakby grawitacja nie istniała, a dźwięki unosiły mnie ponad wszystkie myśli, problemy, przyziemności.  Blask świec i muzyka rozbłyskują wzruszeniem na krawędzi rzęs. Gardło zaciska się i już wiem, że nie powstrzymam modlitwy łez, cichej spowiedzi z grzechu nieistnienia. 

czwartek, 3 grudnia 2015

Reset

„Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła"

Dolina Mgieł przypomina kocioł czarownic, w który warzy się demoniczny koktajl destrukcji skomponowany z nienawiści, nietolerancji, arogancji i zła, doprawiony ignorancją i obojętnością. Wrze wyrzucając w górę purchle dezinformacji, które rozrywają się gdzieś na powierzchni i opadają jeszcze bardziej podsycając aromat obłędu. Ponad nim unosi się ciężki opar totalnego absurdu. Mieszanina niepokoju i kipiącej wrogości coraz większym obłokiem pokrywa przestrzeń, zamyka wszystko w rozedrganej chmurze histerii.
Fozy oszalały.
Rozcięte na dwie frakcje PrawdziwejDemokracji i DemokracjiPrawdziwej, podzielone według jakiegoś zupełnie absurdalnego wzoru, skaczą sobie do gardeł, wykrzykując te same słowa, dawno obrane ze znaczeń i wypłukane z sensów. Rozsądek i Logikę wiążą w białe kaftany i odsyłają do sanatorium, Prawo faszerują psychotropami, by samo uwierzyło w swoje szaleństwo. Schizofrenia dumnie zasiada na tronie i rządzi raz jedną, raz drugą stroną osobowości. Nic już nie posiada awersu i rewersu, ram ani definicji.  Jedynym stabilnym miejscem wydaje się być MontowniaDusz.

Im szerszą perspektywę przyjąć, tym szaleństwo wydaje się większe, jakby nagle wszystko ruszyło w przepaść. Patrzę na tę lawinę, stojąc gdzieś w dolinie i zastanawiam się, kiedy przetoczy się po mnie i po całej mojej rzeczywistości, zostawiając za sobą jedynie zgliszcza i tumany opadającego powoli szarego pyłu. Wokół mnie stada Fozów przenoszą swoje barykady z jednej strony na drugą, przekrzykują się pojęciami, które stały się już tylko zlepkami nic nieznaczących liter. Antonimy stały się synonimami - prawda i fałsz noszą te same maski, maski fanatyzmu.

Boję się. Jakieś demoniczne siły żyjące w głębi Fozów wydostają się i zmieniają krajobraz DolinyMgieł. Jest ich coraz więcej, są coraz silniejsze, karmią się same sobą, swoją zaciętością i arogancją, swoim wystudiowanym egoizmem. Zaślepienie i ignorancja, nieprzewidywalność, buzujące w nabrzmiałych furią twarzach, są przerażające.  Nadchodzący CzasZatrzymania jeszcze potęguje poczucie całkowitego absurdu tego, co wokół, poczucie bezsilności i żalu. Narastają pytania, oplatają mnie jak bluszcz - pytania duszące, pytania bez odpowiedzi, pytania zbyt refleksyjne, by można było na nie znaleźć odpowiedź w realiach pozbawionych sensu. Na początku był chaos. Chaos na końcu?

Po kolejnej dawce doniesień z DolinyMgieł wychodzę na spacer. Chłodne powietrze napełnia każdą komórkę spokojem. Ciemność jest bezpieczna i cicha, miękka od wilgoci. Taka normalna.


Patrzę w niebo jakby tam, wśród miliardów gwiazd była ta jedna, czerwona, z napisem RESET.

środa, 12 sierpnia 2015

Przypadek

Przypadek...zbieg okoliczności...zdarzenie, którego nie da się przewidzieć. Czasem ciężko uwierzyć, że coś dzieje się  bez przyczyny, bez powodu. Ot tak. Po prostu.

Kilka dni temu zabierałam z DomuMilczenia kilka książek. Nic szczególnego, parę pozycji potrzebnych mi do nowego sezonu Schematyzacji Farów.. Wieczorem usiadłam na balkonie i zaczęłam je przeglądać, przypominać sobie spisy treści, zawartość. Wśród książek było moje ukochane z dzieciństwa wydanie Nowego Testamentu w wersji komiksowej. Otworzyłam książkę na chybił trafił i po raz enty przeczytałam przypowieść o miłosiernym Samarytaninie...

* * *

Środek miasta. Upał leje się z nieba, rozgrzewa do czerwoności każdą kroplę powietrza. Wracam do domu, marząc, by znaleźć się już w zacienionym pokoju, przy włączonym wiatraku, jednak jak na złość trafiam na "czerwoną falę". Raz po raz zatrzymuję się na światłach - upał, rozgrzane spaliny, brak ruchu powietrza...Koszmar. 
Ruszam spod kolejnych świateł, skręcam na skrzyżowaniu i nagle...samochód gaśnie. Ot tak, bez przyczyny, bez ostrzeżenia zatrzymuje się na środku trzypasmówki. Robi mi się jeszcze bardziej gorąco. Odruchowo wciskam przycisk świateł awaryjnych. Próbuję odpalić... i udaje mi się zjechać bliżej brzegu jezdni. Znów gaśnie. 
W torebce szukam telefonu i nagle uświadamiam sobie, że zostawiłam go razem z zakupami, w kuchni. Szlag. Upał. Nerwy. Bezradność. 
Rozpędzone Fozy mijają mnie w swoich autach. Widzę zaciekawione spojrzenia, rozzłoszczone twarze, którym zatarasowałam drogę. Jakiś rozwścieczony Foz zwalnia, by mnie nawyzywać. Radiowóz przejeżdża obok, bez większego zainteresowania panowie policjanci spoglądają na moją strapioną minę nad otwartą maską.  Ktoś inny, krzyczy, bym wystawiła trójkąt, okraszając tę uwagę odpowiednią dawką inwektyw. Fakt, w tym całym zamieszaniu zapomniałam o trójkącie. Stawiam.
Próbuję się skoncentrować i wymyślić, jak wybrnąć z tej sytuacji. Telefon...Jakoś trzeba zadzwonić, ale kto w erze telefonów komórkowych zna numery na pamięć? 
Nagle przede mną zatrzymuje się samochód. Wysiada z niego facet i pyta, jak może pomóc, zastrzegając od razu, że nie zna się na samochodach... Rozmawiamy chwilę i człowiek proponuje, że zholuje mnie w  jakieś mniej uciążliwe dla ruchu miejsce. A może do jakiegoś mechanika? A w ogóle to on tez jest z okolicy i właściwie, to nie ma problemu, by zholować samochód pod dom. Mężczyzna wyjmuje linkę, zaczepia samochód i jedziemy...
Na miejscu pytam, jak mogę się odwdzięczyć, a on na to, że nie trzeba. Że liczy się dla niego bezinteresowna pomoc i cieszy się, że mógł mnie poratować. Żegnamy się... 
Gdy szok mija uświadamiam sobie, że nie spytałam człowieka  o imię, nie pamiętam marki, koloru ani rejestracji samochodu, niczego, co pozwoliłoby mi odszukać mężczyznę i ... mimo wszystko jakoś mu podziękować. 
Wracam do domu z przeświadczeniem, że mam dług wobec świata, że teraz ja powinnam komuś pomóc, kogoś wesprzeć. Puścić w świat ten gest człowieczeństwa, solidarności, bezinteresowności... 

* * * 

Włączam telewizor. Zaczyna się jakiś film. Oglądam. To "Podaj dalej" w reż. Mimi Leder - film o łańcuszku dobrych uczynków zapoczątkowanym przez małego chłopca. Przypadek? 

* * *
Patrzę w roziskrzone gwiazdami niebo, które raz po raz zrzuca nam do nóg szanse na spełnienie marzeń. Sezon Perseid... Patrzę i nie mogę się wyzbyć wrażenia, że WielkiCynik znów puścił do mnie oko, że znowu postawił mi na drodze serię "zbiegów okoliczności", bym się o nie potknęła i otworzyła szerzej oczy, coś zobaczyła. Nie do końca wiem, o co mu chodzi tym razem, ale jestem pewna, że niedługo się dowiem, gdy znów coś stanie się "przypadkiem".

czwartek, 30 lipca 2015

Bilet

Chłód księżycowego światła przenika przez skórę. Srebrne igiełki poświaty lekko wbijają się w ciało, wstrzykując w krwiobieg lodowate poczucie pustki. Akupunktura nocy zalecza chaos dnia.
W spojrzeniu odbija się srebrny obraz księżyca, dalekie, przepełnione tęsknotą pragnienie poznania tego, co poza atmosferą, poza przestrzenią i czasem. W Krysztale  rośnie zamglone pragnienie ucieczki jak najdalej od maskowanej makijażem samotności, w rejony  z wyboru bezludne. W ciszę i obrazy galaktyk, w surowe pejzaże nieodkrytych kosmosów. One way ticket...

DolinaMgieł wydaje się czasem bardziej opustoszała niż bezkresne odmęty nieba, chociaż wszędzie pełno twarzy. Obcych. Bez związku.  Bez oczu, bez ust. Uciekam od ich pozornej obecności w ciszę własnych, kosmicznych mgławic, w poczucie bezdennej pustki, chłodu, smutku. Wiem, że  tylko krok dzieli mnie od kolejnej przepaści,  od gąbczastej  chmury wilgotnych Mgieł, a jednak nie potrafię wyrwać z żył księżycowej heroiny, pokonać lęku przed nowym dniem, wyjść z kokonu -  miękko-śmiertelnie-bezpiecznego. To trwanie, z jednej strony pełne wyboru, z drugiej niewoli, powoli mnie niszczy. Dusi. Nie potrafię otrząsnąć się z niego. Z każdą chwilą coraz wyraźniej słyszę złowieszczy pomruk Mgieł,  coraz mocniej czuję ich lodowaty powiew.

Patrzę w jasną  twarz księżyca i czuję jak jego srebrna poświata powoli wypełnia cały  Kryształ, aż po ściśniete gardło i  chłodem rzeźbi doliny, którymi toczą się lawiny kamiennych łez. Znów coś mnie woła Tam, w WielkąNiewiadomą, w ciszę i ciemność bezkresów,  w podróż, u kresu której jest błogie BezCzucie. One way ticket.